U. Rozważania o modlitwie

Proście, a będzie wam dane

Pan Jezus nieustannie przypomina nam o konieczności codziennej modlitwy: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7, 7); Otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie (Mt 21, 22); Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie (Mt 26, 41).

 

     Modlitwa jest dla nas tak j niezbędnie konieczna jak pokarm i tlen, abyśmy mogli normalnie funkcjonować i żyć życiem godnym człowieka. Bez modlitwy obumieramy duchowo, gdyż tracimy miłość i życie wieczne. Święta s. Faustyna pisze, że w jakimkolwiek bylibyśmy stanie, zawsze powinniśmy się modlić: Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swoją piękność; modlić się mamy duszą dążącą do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Największy dar i przywilej

Modlitwa to dialog miłości między Bogiem i człowiekiem. Jeżeli Jezus Chrystus nieustannie ofiaruje mi dar życia wiecznego i swoją miłość, to powinienem w codziennej modlitwie te dary przyjmować z wielką radością i wdzięcznością.

 

     Najważniejszym zadaniem i celem modlitwy jest codzienne wyrażanie zgody na to, aby Chrystus przemieniał mnie swoją miłością i prowadził do nieba. Kto się nie modli, traci skarb wiary i zamyka się w swoim egoizmie, gdyż nie przyjmuje od Boga wszystkich darów Jego miłości. Brak codziennego kontaktu z Bogiem na modlitwie staje się głównym powodem wszystkich życiowych dramatów, nieszczęść i tragedii ludzkich. Pamiętając o tym, trzeba w codziennej modlitwie podejmować trud otwierania się na miłość Chrystusa i całkowitego oddawania się do Jego dyspozycji.

 

     Z inicjatywą modlitwy zawsze pierwszy wychodzi Bóg. Ojciec Święty Jan Paweł II pisze: Modlitwę zawsze zaczynamy z myślą, że to jest nasza inicjatywa. Tymczasem jest to zawsze Boża inicjatywa w nas. Dokładnie tak, jak pisze św. Paweł. Ta inicjatywa przywraca nam nasze własne człowieczeństwo, przywraca nam naszą szczególną godność. Owszem, wprowadza nas w wyższą godność dzieci Bożych, synów Bożych, którzy są oczekiwaniem całego stworzenia (Przekroczyć próg nadziei s. 34).

 

     Modlitwa, która jest zawsze Bożą inicjatywą w nas, nigdy nie zaistnieje, jeśli człowiek nie wyrazi na nią zgody, jeżeli nie podejmie trudu osobistej rozmowy z Bogiem i nie będzie chciał przyjąć daru Jego nieskończonej miłości i miłosierdzia, jeżeli na ten dar nie odpowie całkowitym ofiarowaniem siebie. Modlitwa jest bezcennym darem, który daje nam Bóg, abyśmy stawali się Jego partnerami w dialogu miłości. Modlitwa jest równocześnie wielkim przywilejem, gdyż otwiera przed nami niepowtarzalną szansę uczestniczenia w życiu i miłości Trójjedynego Boga. Dlatego Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem, aby przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie umożliwić nam nawiązanie z Nim osobistej relacji miłości - aby każdy człowiek mógł mieć udział w Jego definitywnym zwycięstwie nad szatanem, grzechem i śmiercią, aby mogła dokonywać się w nas przemiana z grzeszników w ludzi świętych, którzy kochają tak, jak kocha Chrystus. Jeżeli podejmiemy Bożą inicjatywę i zaczniemy się wytrwale modlić, wtedy Chrystus będzie mógł nas przemieniać, czynić uczestnikami "swej boskiej natury" (2 P 1, 4), czyli prowadzić do pełni szczęścia w niebie. Codzienna modlitwa jest więc konieczna dla naszego zbawienia, abyśmy mogli dojrzewać do miłości i stawać się ludźmi naprawdę szczęśliwymi.

 

Wysłuchuje wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą (1 J 5,14)

Powinniśmy codziennie prosić Chrystusa, aby naszym największym pragnieniem stało się Jego pragnienie naszego zbawienia, byśmy ze wszystkich sił dążyli do zjednoczenia się z Nim w miłości. To jest najważniejszy cel naszego ziemskiego życia i wszystko inne ma być temu podporządkowane.

 

     Abyśmy mogli otrzymać wszystko, o co na modlitwie Pana Boga prosimy, powinniśmy spełnić następujące warunki:

 

Całkowicie zawierzyć i oddać siebie Chrystusowi na Jego wyłączną własność.

Bezgranicznie zaufać Jego miłości, ponieważ Chrystus lepiej od nas wie, co jest nam potrzebne do szczęścia.

W pełni zaakceptować decyzje Jego Boskiej woli i podporządkować się im całkowicie.

     Pierwszą naszą czynnością każdego dnia, zaraz po przebudzeniu, powinien być akt całkowitego oddania się Chrystusowi przez Maryję: Totus Tuus - cały jestem Twój (cała jestem Twoja) - tak jak to codziennie czynił Jan Paweł II. Staraj się modlitwę swoją połączyć z Matką Moją - zalecał Pan Jezus św. Faustynie - módl się z serca w złączeniu z Maryją (Dz. 32).

     Przez akt całkowitego zawierzenia siebie Bogu za pośrednictwem Maryi wyrażam zgodę na to, aby Jezus był jedynym Panem mojego życia, a Maryja moją nauczycielką i przewodniczką na trudnej drodze wiary. Ten akt oddania powinno się powtarzać w ciągu dnia na początku każdej modlitwy wraz z prośbą o światło Ducha Świętego.

 

     Przystępując do modlitwy, trzeba całkowicie zaufać Jezusowi i powierzyć Mu wszelkie swoje kłopoty, obawy i lęki. W każdej sytuacji żyć nadzieją - a szczególnie wtedy, gdy po ludzku nie ma podstaw do żadnej nadziei - i w pełni ufać Bogu. Pan Jezus poprzez św. Faustynę zapewnia nas: Im więcej zaufasz, tym więcej otrzymasz; Jak bardzo kocham dusze, które Mi zupełnie zaufały - wszystko im uczynię (Dz. 294); Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci mojej (Dz. 1541).

 

     Największą chwałę oddajemy Bogu, gdy ofiarowujemy Mu swoją wolę i przyjmujemy wszystko, co nas w życiu spotyka, z całkowitym poddaniem się Jego woli. Jeżeli pragniemy osiągnąć życie wieczne, to musi się w nas spełnić święta wola Boga. Dlatego powinniśmy zawsze modlić się o poznanie Bożej woli: Bądź wola Twoja, Panie, a nie moja, ponieważ Ty lepiej ode mnie wiesz, co jest mi najbardziej w życiu potrzebne.

 

     Jeżeli te trzy warunki zostaną spełnione, to wtedy modlitwa staje się źródłem największej naszej duchowej mocy i szczęścia. Modląc się w takim duchu, uczestniczymy we wszechmocy Boga samego.

 

     Tak pisze św. Faustyna: Wszystkie moje niedostatki uzupełnia Jezus we mnie - Jego łaska, która działa nieustannie. Trójca Święta udziela mi swego życia w obfitości przez dar Ducha Świętego. Trzy Boskie osoby we mnie mieszkają. Bóg, jeżeli kocha, to całym sobą, całą mocą swej istoty. Jeżeli mnie Bóg tak ukochał, cóż ja na to - ja, oblubienica Jego? (Dz. 392).

 

     Z Objawienia wiemy, że dla każdego człowieka jedynym źródłem życia i szczęścia jest tylko sam Bóg, który jest jeden w trzech Osobach: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jego właściwym imieniem jest: Ojciec, Syn i Duch Święty. Tak więc Pan Bóg objawił się nam jako wspólnota trzech Osób, jako "wieczna rodzina", która staje się naszą rodziną po przyjęciu przez nas sakramentu chrztu świętego. Szczytem naszej modlitwy i całkowitego oddania się Bogu jest uczestniczenie we Mszy św., podczas której jednoczymy się z Chrystusem w tajemnicy Jego śmierci i zmartwychwstania. Zostajemy wprowadzeni w wewnętrzne życie Trójcy Świętej i w jedności z Jezusem, w mocy Ducha Świętego, składamy siebie w doskonałej ofierze Bogu Ojcu. W ten sposób podczas Mszy św. uczestniczymy już w rzeczywistości nieba; mocą Ducha Świętego dokonuje się w nas proces naszego przebóstwienia (dopełnienia dzieła stworzenia), który ma trwać przez całe nasze ziemskie życie.

 

     Naszym pierwszym i zarazem podstawowym powołaniem jest codzienna modlitwa i regularne uczestniczenie w Eucharystii, poprzez którą mamy pozwalać Chrystusowi, by przemieniał nas swoją miłością - abyśmy coraz pełniej kochali i stawali się świętymi.

 

     Pan Bóg rzeczywiście bardziej nas kocha niż my samych siebie i każdego dnia pragnie dawać nam to wszystko, co jest potrzebne do szczęścia. Dlatego nigdy nie wysłucha naszych próśb, które by utrudniały bądź opóźniały naszą drogę do nieba, czy też się jej sprzeciwiały. Bóg wysłuchuje więc wszystkich naszych próśb, które nie sprzeciwiają się Jego planom naszego zbawienia (por. 1 J 5, 14).

 

Wytrwałość i dyscyplina

     Trzeba na modlitwie rozmawiać z Bogiem tak, jak się rozmawia z najbliższym przyjacielem - mówić Mu o swoich radościach, kłopotach, wątpliwościach, lękach lub trwać w ciszy w objęciach Jego pokornej miłości. Koniecznym warunkiem dobrej modlitwy jest całkowite zerwanie z grzechem i nieustanna walka z nim oraz z szatanem - przez częste przystępowanie do sakramentu pokuty oraz podjęcie codziennego wysiłku wcielania w swoje życie polecenia Chrystusa: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Mk 8, 34). Zaprzeć się samego siebie to znaczy nie szukać siebie w Bogu, nie szukać na modlitwie uniesień, radości i duchowych słodyczy - to przyjmować z wdzięcznością wszystko, co Bóg daje. Nie można się zniechęcać i rezygnować z modlitwy w okresach całkowitej oschłości i utraty wszelkiej słodyczy w Bogu. Prawdziwa modlitwa nie zależy bowiem od uczuć, ale od mojej woli. Właśnie wtedy, kiedy mi się najbardziej nie chce modlić, mam na modlitwę przeznaczyć dwa razy więcej czasu, ofiarując Chrystusowi moją oschłość, zniechęcenie, wszystkie lęki i wątpliwości.

 

     Jeśli prosimy o laskę, Bóg ją da, ale chciejmy ją przyjąć; ale aby ją przyjąć, trzeba zaparcia. Miłość nie polega na słowach ni na uczuciach, ale na czynie. Jest to akt woli, jest to dar, czyli darowanie; rozum, wolę, serce - te trzy władze musimy ćwiczyć w czasie modlitwy - pisze św. Faustyna (Dz. 392).

 

     Święty Jan od Krzyża, jeden z największych mistrzów życia duchowego, stwierdza, że: Utrata wszelkiej słodyczy w Bogu, oschłość, zniechęcenie, trud... to wszystko jest prawdziwym krzyżem duchowym i ogołoceniem w duchu ubóstwa Chrystusowego... Prawdziwy duch wybiera w rzeczach Bożych raczej to, co przykre, niż to, co miłe; skłania się bardziej ku cierpieniu niż ku pociechom; pragnie raczej wszystko utracić dla Boga niż posiadać; są mu milsze oschłości i utrapienia niż słodycz obcowania, bo to jest właśnie naśladowaniem Chrystusa i zaparciem się siebie, podczas gdy wszystko inne jest niczym więcej jak szukaniem siebie w Bogu... Boga w Bogu szukać to znaczy (...) być gotowym dla Chrystusa - zarówno z Boga, jak i ze świata wybierać to, co mniej odpowiada naturze.... Według woli Zbawiciela wyrzeczenie winno być jakby śmiercią i unicestwieniem doczesnym, naturalnym i duchowym wszystkich rzeczy cenionych przez wolę. Kto w ten sposób poniesie swój krzyż, doświadczy, że jest on jarzmem słodkim i brzemieniem lekkim (Mt 11, 30), i znajdzie we wszystkich rzeczach ulgę i słodycz... Jeśli dusza dojdzie odważnie do tego całkowitego Nic, które jest najgłębszą pokorą, dokona się wtedy zjednoczenie duchowe między nią a Bogiem... Polega ono (...) na prawdziwej śmierci krzyżowej w zmysłach i duchu, czyli w zewnętrznej i duchowej części człowieka (Droga na górę Karmel, II, 7, 2-11).

 

     Jeśli się chce uczestniczyć w życiu Chrystusa, trzeba wraz z Nim przejść śmierć krzyżową: podobnie jak On ukrzyżować własną naturę przez umartwienie i zaparcie się siebie oraz wydać się na ukrzyżowanie w cierpieniu i śmierci, tak jak je Bóg ześle czy dopuści (św. Edyta Stein: Wiedza krzyża, s. 44-45).

 

Najbardziej podstępna pokusa

     Jedną z najbardziej podstępnych i niezauważanych pokus szatana wobec chrześcijanina jest łatwe dyspensowanie się od obowiązku codziennej modlitwy. Jako człowiek wierzący, jestem zobowiązany, aby codziennie się modlić. Mam tak zaplanować sobie rozkład zajęć na każdy dzień, aby był w nim stały czas przeznaczony na modlitwę. I nie powinniśmy nigdy żałować tego czasu, ponieważ czas przeznaczony na bliski kontakt z Bogiem jest czasem najlepiej wykorzystanym - zapewnia nas Jan Paweł II (Dar i tajemnica, s. 86).

 

     Trzeba się więc zdyscyplinować i ułożyć plan dnia, w którym będzie zarezerwowany czas na bardzo konkretną formę modlitwy, taką jak np. Eucharystia, różaniec, koronka do Bożego Miłosierdzia, medytacja tekstów Pisma św. czy adoracja Najświętszego Sakramentu.

 

     Nigdy nie należy zrażać się trudnościami i rezygnować, lecz pomimo licznych przeciwieństw powinno się trwać w postanowieniu codziennej modlitwy. Pamiętajmy, że to, co wystawia naszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość (Jk 1,3). A Pan Jezus zapewnia: Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie (Łk 21, 19). Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie - pisze św. Faustyna - i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).

 

     Kiedy ze świata usunie się Boga, nie pozostanie na nim nic prawdziwie ludzkiego - mówił 24 czerwca 2001 r. w Kijowie Ojciec Święty Jan Paweł II. Podobnie będzie się działo w życiu indywidualnym każdego z nas, gdy przestaniemy się modlić. Wtedy zaczniemy żyć tak, jakby Bóg nie istniał. Świadomie i dobrowolnie usuwając Boga ze swego życia, wejdziemy na drogę takiego niszczenia swojego człowieczeństwa, że w końcu nie pozostanie w nim "nic prawdziwie ludzkiego".

 

     Pan Jezus każdego z nas wybiera i powołuje, abyśmy stawali się świętymi. Brak modlitwy i życie w stanie grzechu (braku łaski uświęcającej) sprawia natomiast, że człowiek wchodzi na drogę prowadzącą do wiecznej zguby.

 

     Odsłonię ci tajemnicę serca swego - mówił Jezus św. Faustynie - co cierpię od dusz wybranych (...). Miłość ich jest letnia, serce moje znieść tego nie może, te dusze zmuszają Mnie, abym je od siebie odrzucił. Inne nie dowierzają mojej dobroci i nigdy nie chcą zaznać słodkiej poufałości we własnym sercu, ale szukają mnie gdzieś daleko i nie znajdują. To niedowierzanie mojej dobroci najwięcej Mnie rani. Jeżeli nie przekonała was o miłości mojej śmierć moja, to cóż was przekona? Często rani Mnie dusza śmiertelnie, tu mnie nikt nie pocieszy. Używają łask moich na to, aby Mnie obrażać. Są dusze, które gardzą moimi łaskami i wszelkimi dowodami mojej miłości; nie chcą usłyszeć wołania mojego, ale idą w przepaść piekielną. Ta utrata dusz pogrąża mnie w smutku śmiertelnym. Tu duszy nic pomóc nie mogę, chociaż Bogiem jestem, bo ona mną gardzi; mając wolną wolę, może Mną gardzić albo miłować Mnie. Ty, szafarko mojego miłosierdzia, mów światu całemu o mojej dobroci, a tym pocieszysz serce moje. Najwięcej ci powiem, kiedy rozmawiasz ze mną w głębi serca swego; tu nikt przeszkodzić nie może działaniu mojemu, tu odpoczywam jako w ogrodzie zamkniętym (Dz. 580).

 

     "Wnętrze duszy każdego człowieka jest wielkim i wspaniałym światem, w którym mieszka tylko on i Bóg" - pisze św. Faustyna. Odkrywajmy w codziennej modlitwie ten skarb i nawiązujmy osobisty kontakt z Bogiem, który nas ukochał aż do szaleństwa krzyża.

 

ks. M. Piotrowski TChr

Natrętne myśli na modlitwie

Gdy tylko rozpoczynam się modlić w ciszy, zaraz zalewa mnie rzeka rozmaitych myśli. Uprzytamniam sobie, ile rzeczy mam jeszcze do zrobienia, a jedna wydaje się być pilniejsza od drugiej. Widzę w wyobraźni pewne osoby, których widok wywołuje we mnie rozmaite nastroje. Nagle zaczynam myśleć: "Jak on (ona) mógł mi coś takiego powiedzieć!" Narasta we mnie oburzenie, niepokój, poczucie niesprawiedliwości, krzywdy, upokorzenia itd... Usiłując jednak się modlić, walczę z tymi myślami z cala determinacją, lecz bezskutecznie, ponieważ narzucają się tym natrętniej. Czuję niechęć do modlitwy z powodu tej wyczerpującej i nieskutecznej walki...

     Iluż z nas widzi siebie - przynajmniej w jakimś stopniu - w powyżej przedstawionym doświadczeniu! U niektórych ludzi miewa ono jeszcze inną postać: "Zupełnie wbrew mojej woli w mojej wyobraźni przesuwają się straszliwie nieczyste i absurdalne sceny. Im bardziej je odganiam, tym bardziej nacierają. Tracę pokój, ponieważ zapewne bardzo obrażam Boga taką "modlitwą"..."

 

     Kłopoty z rozproszeniami i natrętnymi myślami ma każdy modlący się człowiek. Niekiedy wyobrażamy sobie, że św. Jan od Krzyża czy św. Teresa z Avila ulepieni byli z innej gliny. Tymczasem oni również byli grzesznikami, zanim łaska Boża i trud oczyszczenia wewnętrznego nie doprowadziły ich do mistycznego zjednoczenia z Miłością. Właśnie dlatego, że przeżyli burzę rozmaitych rozproszeń, mogą być dla nas przewodnikami w szukaniu ciszy i pokoju serca, w których przemawia Bóg. Zauważmy, że człowiek rozproszony nie potrafi słuchać innych. Nie jest w stanie skupić uwagi na tym, co drugi chce powiedzieć. Świadczy to o tym, że człowiek taki nie potrafi przede wszystkim słuchać samego siebie, nie umie wsłuchiwać się w głos własnego wnętrza. Tymczasem, nasze wnętrze ma bardzo wiele do powiedzenia! Wydawałoby się, że wystarczy jedynie zanurzyć się w ciszę i zacząć się modlić, a oto pojawiają się natrętne myśli i przeróżne rozproszenia. Lecz jeżeli na modlitwie nie podejmiemy walki z nimi, to całe życie zacznie się rozpraszać.

 

     Walka "wprost" z rozproszeniami w czasie modlitwy przypomina zawracanie wody kijem. Zamiast niecierpliwić się i męczyć bezskutecznym ich powstrzymywaniem pozwólmy raczej na to, aby cały ten potok niepoukładanych myśli, skojarzeń i emocji mógł nieskrępowanie wypłynąć. Starajmy się jedynie spokojnie wysłuchiwać i pokornie powierzać Panu wszystko to, co przez nas przepływa. Nie bądźmy perfekcjonistami, którzy usiłują na modlitwie pokazać się z najlepszej strony. W modlitwie staję przed Bogiem taki, jakim jestem; jeśli pełen jestem przeróżnych rozproszeń, to trudno, takim właśnie aktualnie jestem. Słuchajmy jedynie tego toku myśli i spokojnie powierzajmy Panu wszystko to, co za nimi się kryje: niepokoje i lęki, radości i nadzieje, zmęczenie i zniecierpliwienie, agresję i gniew itd... Czas płynięcia tej "rzeki" jest czasem spojrzenia kochającego Boga. Możemy zwrócić się do Boga w następujący sposób: Panie, ty widzisz bezsens moich myśli i moją bezradność w walce z nimi. Ty, który przenikasz serca i umysły, spójrz na moje wnętrze, które należy tylko do Ciebie!

 

     I bądźmy spokojni: w gąszczu najbardziej bzdurnych i upokarzających myśli czy obrazów, Pan doskonale potrafi odczytać właściwe przesłanie, co nas cieszy, gnębi, boli, niepokoi... Podobnie, jak najlepsza matka i ojciec, na naszych duchowych zranieniach Bóg składa swój uzdrawiający pocałunek łaski.

 

     Problem tkwi w tym, że jednak dajemy się wciągnąć przez jakąś nieuporządkowaną myśl i ponieść przez nią gdzieś daleko... Gdy zdamy już sobie z tego sprawę, cierpliwie powróćmy do postawy powierzania. W ten sposób nurt rozproszeń będzie się stawał mniej porywisty i mniej obfity. Jeśli wytrwamy w tej postawie słuchania i ufnego powierzania, w końcu zacznie mówić wnętrze serca. Powoli zaczniemy się wsłuchiwać w głos sanktuarium naszego bytu, gdzie przemawia Bóg Miłości. Po okresie mętnej wody rozproszeń powoli zaczną płynąć czyste wody prawdy. Modlitwa nie jest bowiem relacją z kimś na zewnątrz mnie, lecz spotkaniem z Bogiem, któremu pozwoliłem zamieszkać wewnątrz mej istoty. Uświadomienie sobie tej prawdy było największym odkryciem św. Augustyna: "Ty byłeś wewnątrz mnie, podczas gdy ja byłem na zewnątrz mnie samego i szukałem Cię poza mną. W mojej brzydocie rzucałem się na wdzięk Twoich stworzeń; Ty byłeś ze mną, lecz ja nie byłem z Tobą". Modlitwa więc prowadzi do spotkania z Bogiem w moim własnym sercu, do którego wchodzę razem z Nim, odkrywając prawdę o tym, kim jestem. Uczy mnie tej prawdy Jego niezmierzona miłość do mnie. "Drogie dzieci, pozostańcie wraz z Jezusem w ciszy waszych serc, aby mógł was przeobrazić swą miłością" - zachęca nas Matka Boża w Medjugorje.

 

     Przez spokojne składanie rozproszeń u stóp Pana wzrastamy w umiejętności słuchania Jego głosu. Lecz zdolność tę nabywamy tylko przez trud podjęcia codziennej modlitwy. Modlitwa jest rzeczą najprostszą w świecie, ale dochodzi się do niej wyłącznie przez osobiste doświadczenie. Trzeba nam też pamiętać, że mamy wroga modlitwy - Kusiciela, który nieustannie usiłuje nas zniechęcić do podjęcia trudu otwierania się na miłość na drodze modlitwy. Szatan chętnie miesza się w mgłę naszych rozproszeń, usiłując nam udowodnić, że nie jesteśmy zdolni do modlitwy, do spotkania Z Bogiem Żywym. "Bądźcie trzeźwi, czuwajcie - upomina nas św. Piotr - nieprzyjaciel wasz, diabeł, krąży jak lew ryczący, szukając, kogo pożreć. Przeciwstawiajcie się jemu mocą waszej wiary"" (1 P 5,8-9a).

 

     W walce z pokusami nasza wiara rośnie i doskonali się ku naszej chwale, dlatego to my, a nie szatan, okazujemy się prawdziwymi zwycięzcami. Jednocześnie Kusiciel za wszelką cenę usiłuje zakryć przed nami radość modlitwy. Modlitwa jest bowiem niewyczerpalnym źródłem radości duchowej, nawet, jeśli towarzyszy jej trud oczyszczenia wewnętrznego.

 

     Cierpliwe zasłuchanie na modlitwie wprowadza nas w końcu na drogę całkowitego powierzenia siebie Ojcu Niebieskiemu. Słuchając całym sobą przyjmujemy dar Jego Osoby. Odkrywamy coraz bardziej, że stajemy wobec niezmierzonej Dobroci, Czułości, Miłosierdzia, Usprawiedliwienia, Mocy. Niezaspokojone pragnienie miłości jest pierwszą przyczyną poczucia zagrożenia, z którego usiłujemy się wyzwolić poprzez posiadanie, zawłaszczanie sobie osób i przedmiotów (na zasadzie kompensacji).

 

     Modlitwa leczy nas z tych duchowych poranień! Zanurza nas bowiem w pewność miłości ze strony mojego Stworzyciela, Pana i Ojca. Poprzez doświadczenie daru Jego obecności sam zaczynam się otwierać i darować innym na drodze miłości. Modlitwa uczy mnie postawy dawania i ofiary, ponieważ z racji mych duchowych zranień trwałem w procesie zagarniania. Codzienne stawanie w obecności Pana doprowadzi nas w ostateczności do najwspanialszego na ziemi odkrycia, że jesteśmy ukochanymi dziećmi Ojca Przedwiecznego. Modlitwa stanie się wówczas czymś dużo więcej, niż tylko relacjonowaniem Bogu wydarzeń. Stanie się codziennym chlebem i słodyczą. "Dlatego też, kochane dzieci, módlcie się, módlcie się, módlcie się - aż cale życie stanie się modlitwą" (orędzie Maryi, 25.08.98).

 

ks. Andrzej Trojanowski TChr

 

Cztery etapy modlitwy

Mówienie o etapach modlitwy niesie pewne niebezpieczeństwo, które polega na chęci przyspieszania i dochodzenia do celu. W etapach modlitwy nie chodzi o cel. Etapy modlitwy są raczej po to, żeby uwrażliwić się na własne przeżywanie i połapać się, gdzie jestem i dlaczego "takie coś" się we mnie dzieje. Podobnie przyspieszanie i skróty są nie na miejscu, ponieważ każdy etap prowadzi do Boga i każdy ma swoje zadanie.

     Posłużę się zdarzeniem z życia proroka Eliasza, żeby powiedzieć o etapach modlitwy. Eliasz został przez Boga przyprowadzony do góry Horeb (inna nazwa góry Synaj), tam gdzie Bóg dał Izraelowi tablice przykazań i zawarł z nim przymierze. Tam Eliasz przeżył spotkanie z Bogiem. Miało ono cztery etapy. Najpierw rozpętała się potężna wichura, która łamała skały. Potem przyszło trzęsienie ziemi. Potem palący ogień. W żadnym z tych znaków jeszcze nie było Boga, ale wszystkie poprzedzały Jego nadejście. W końcu Eliasz posłyszał szmer łagodnego powiewu i wtedy przyszedł do niego Bóg.

 

     Te cztery znaki, symbolizujące nadchodzącego Boga, przypominają etapy naszej modlitwy.

 

     Wichura łamiąca skały - pierwszy krok na drodze modlitwy jest jak wichura: dzieje się w nas coś potężnego, coś co - jak się zdaje - potrafi usunąć wszelkie kamienie i przeszkody z naszej drogi. Modlitwa na tym etapie wydaje się czymś fascynującym, czymś, co pomaga przeżyć, pomaga oczyścić nasze trudne życie; czymś, co usuwa wszelkie przeszkody na drodze do Boga.

 

     Trzęsienie ziemi - trudny okres. Ziemia zmienia się w wodę. Wydaje się, że nic nie jest pewne. To, co dotąd stanowiło oparcie, staje się zagrożeniem. Na tym etapie modlitwa staje się trudna, nieraz bezsensowna. Wielu z nas tutaj właśnie schodzi z drogi modlitwy. Modlitwa przestaje być atrakcyjna. Wymaga wewnętrznej stałości i zdecydowania, skoro wszystko wokół przestaje być pewne.

 

     Ogień - okres żarliwości. Ogień chce się rozprzestrzenić. Trzecim etapem na drodze modlitwy jest postawa misjonarska. W modlitwie znów zaczynamy "coś" odnajdywać i wtedy chcemy usilnie dzielić się tym, zachęcać do modlitwy, także narzekać, że "ludzie się nie modlą", że "mało się modlimy". Taki ogień modlitwy chce pochłonąć cały świat. Na tym etapie wielu się zatrzymuje, sądząc, że to już koniec.

 

     W tych trzech znakach jeszcze "nie ma Boga" - jak mówi Druga Księga Królewska. Ale te trzy znaki poprzedzają Jego nadejście, przygotowują Mu drogę, informują, że On nadchodzi.

 

     Łagodny szmer powiewu - czwarty etap. Szmer powiewu, czyli to, co niewyczuwalne. Normalnie, w codzienności nie słyszymy łagodnego "szmeru powiewu", zagłuszają go setki innych, ważniejszych sygnałów. Szmer łagodnego powiewu oznacza delikatną wrażliwość, umiejętność patrzenia, czułość i uwagę. Oznacza cieszenie się małym dobrem, otwarcie się na to, co jest i podporządkowanie temu swoich pragnień. Łagodny szmer oznacza pokój, pokój nadchodzącego Boga. Tutaj jest przychodzący do nas Bóg.

 

     Te cztery etapy modlitwy niełatwo uchwycić. Dotyczą one zresztą każdej warstwy naszego życia, na przykład przyjaźni - okresu fascynacji, nieporozumień, współdziałania i w końcu okresu czegoś nieuchwytnie normalnego, pełnego pokoju i pewności. Podobnie jak modlitwa, każda przyjaźń ma takie cztery etapy. Przy czym każda przyjaźń i każda warstwa życia może być na innym etapie. Przejście przez te etapy nie jest ani szybkie, ani łatwe.

 

     Wielowarstwowa jest także Twoja modlitwa. Może być tak, że z modlitwą trudną jesteś na etapie trzęsienia ziemi, podczas gdy modlitwa uwielbienia przypomina palący ogień i chcesz się nią dzielić z całym światem, a modlitwa błagalna wciąż, jak wichura łamiąca skały, dodaje Ci otuchy i pozwala przebrnąć ciemne doliny życia; gdzieś indziej może jesteś już zasłuchany w łagodny szmer powiewu. Nie oceniaj etapów swojej modlitwy. Raczej przyznaj się do nich. Przyznaj się do swojego życia, gdyż wiedzie to do pełniejszego zrozumienia, a przez to do akceptacji i pokoju.

 

Ojciec Piotr z Tyńca

Modlitwa milczenia

W zasadzie chodzi o modlitwę pustki czy o modlenie się pustką. Pustka jest jednym z podstawowych doświadczeń człowieka. Potrzebuje znaleźć swoje miejsce także na modlitwie, przed Bogiem. Kluczowym momentem życia Jezusa, który może nam pomóc przyjąć modlitwę milczenia, jest najbardziej tragiczny moment Jego życia - konanie na krzyżu. Jezus wypowiada wtedy według św. Marka i Mateusza słowa pełne bólu: "Boże, czemuś mnie opuścił". U św. Łukasza powierza w ręce Ojca swojego ducha. Św. Jan notuje: "Pragnę" i "Wykonało się".

     Istotą modlitwy milczenia jest brak. Panuje małe zamieszanie wśród stosowanych pojęć. Modlitwa milczenia w praktyce jest bardzo rzadka. Najczęściej jako "modlitwa milczenia" określana bywa modlitwa odpocznienia czy modlitwa zachwytu. To prawda, że w modlitwie odpocznienia czy w modlitwie zachwytu słowa nie odgrywają ważnej roli. Dlatego jesteśmy przekonani, że ich nie ma. I rzeczywiście, nie ma ich jako takich. Jest jednak treść. Modlitwa odpocznienia, modlitwa zachwytu ma swoją treść.

 

     Natomiast modlitwa milczenia jest pozbawiona treści, jest trudna. Jest wyprowadzeniem na pustynię, kiedy Bóg w tajemniczy sposób zaczyna przemawiać do naszego serca. Taka modlitwa to towarzyszenie sercu Jezusa w najbardziej ciemnych momentach. Modlitwa milczenia jest napełniona poczuciem opuszczenia przez Boga, a także trudnym do zniesienia poczuciem, że to ja opuściłem Boga, że nie dość dobrze się modlę, że nie dość "się staram", że jestem wewnętrznie pusty.

 

     Pragnę Ci zaproponować uwrażliwienie na modlitwę milczenia. Jeżeli zostaniesz nią obdarzony, nie uciekaj. Ona jest konfrontacją z samym sobą. Jest przeżyciem słów: "Boże, czemuś mnie opuścił". Czemu muszę patrzeć na siebie samego, na swoje własne wnętrze i na otoczenie! Dlaczego muszę właśnie teraz przypominać sobie o tym, o czym chciałbym przez chwilę zapomnieć! Wejdź w taką chwilę próby.

 

     Modlitwa milczenia jest też złożeniem w ręce Boga swojego ducha. Przeżycie na modlitwie własnej pustki, dojście do jej dna. przejście przez ciemną dolinę, otwiera drogę do powierzenia Bogu swojego ducha, swojego ciała, swojego życia, swojej sytuacji - za każdym razem tego, co najmocniej przypomina o sobie, co najbardziej rozbite czy niechciane.

 

     Modlitwa milczenia to dotknięcie własnego: "Pragnę!". U każdego z nas jest ono inne, ma inny smak, kształt, inny dźwięk. Czy jesteś gotów przyznać się do jego "pragnę"? Czy wiesz, że to "pragnę" może wypełnić i zaspokoić tylko Bóg?

 

     Modlitwa milczenia wymaga odwagi. Stawia przed Tobą rezygnację z osiągania celu, z poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Może być przyczyną frustracji czy zniechęcenia. Ale nie musi! Modlitwa milczenia jest szansą. Zachęcam Cię, przyjmij swoją modlitwę milczenia! Pokochaj ją. Ona chce Ci coś pokazać, gdzieś poprowadzić, chce się stać Twoim przewodnikiem na drodze ku Bogu.

 

     Modlitwa milczenia chce Ci pokazać, jak bardzo Bóg Cię kocha. Jak bardzo zależy Mu na przebywaniu z Tobą, na Twojej obecności. On chce Ci pokazać, że naprawdę jesteś najważniejszy. Ważniejszy niż wszystkie formuły modlitewne, "sposoby odbywania modlitwy", techniki. Ważniejszy niż cały Twój "pobożny warsztat". Nie zapełniaj modlitwy milczenia niepotrzebnymi i pustymi słowami. "Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi, jak poganie. Są oni przekonani, że przez wzgląd na własne wielomówstwo zostaną wysłuchani" - zobacz na własnej skórze, co mogą znaczyć te słowa.

 

Ojciec Piotr z Tyńca

 

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Ojcze Nasz...

W jednej z części pierwszej homilii św. Grzegorza z Nyssy, poświęconej Modlitwie Pańskiej, Autor zwraca uwagę na tzw. Formularz modlitwy i stara się wyjaśnić, co znaczą jego poszczególne wyrażenia (poniższy fragment homilii św. Grzegorza z Nyssy podaję w tłumaczeniu: S. Longosz, Homilie o Modlitwie Pańskiej św. Grzegorza z Nyssy. „Vox Patrum” 6 [1986] z. 11 s. 677n).

     Jest jasne - wyjaśnia Św. Grzegorz że wysłuchanie nas zależy od tego, jak się modlimy. Jaka zaś jest nauka o tym? Oto ona: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi, jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani” (Mt 6, 7). Zrozumienie tej nauki nie nastręcza trudności, gdyż jest ona podana w prostych słowach. Wystarczy tylko wiedzieć, czym jest wielomówstwo, a pojmiemy jej znaczenie i unikniemy tego, przed czym przestrzega. Gani tu Pan próżność przejawiającą się w nierozsądnych pragnieniach. Wybrał rzadko używane słowo, aby w nim zganić głupotę hołdujących niskim zachciankom. Rozsądna bowiem mowa, mająca na względzie rzeczywiste dobro, zwie się we właściwym tego słowa znaczeniu mową. Jeśli natomiast oddane żądzom serce zdradza próżne pragnienie, mamy do czynienia nie z mową, lecz z gadatliwością lub, lepiej się wyrażając, z bredzeniem, gadaniem, paplaniem. Do czego nas więc wzywa Pismo święte? Abyśmy na modlitwie nie żywili, jak dzieci, niskich upodobań.

 

     Tylko ograniczeni ludzie nie zastanawiają się, czy ich życzenia są możliwe do spełnienia, wymyślają różnego rodzaju rzeczy - skarby, królestwa, wspaniałe miasta, którym sami nadają nazwy i często przezywają wszystko, co tylko im nasunie chora wyobraźnia. Niektórzy nawet w swej bezmyślności tak dalece dają się ponieść fantazji, że przekraczają granice i wyobrażają sobie, iż posiadają skrzydła, świecą jak gwiazdy, poruszają góiy, spacerują po niebie, żyją tysiące lat, ze. starców stają się młodzieńcami. Takie to fantastyczne obrazy rodzą się w ich zdziecinniałych głowach.

 

     Jak więc ten, co w swych planach nie kieruje się potrzebą lecz zachciankami, dowodzi swej głupoty i nędzy, gdyż zamiast na coś pożytecznego obraca cenny czas na marzenia, tak też na modlitwie nie myśli o tym, co jest potrzebne duszy, lecz czeka, aby Bóg spełnił jego przez namiętność podyktowane życzenia, bredzi w swym gadulstwie, gdyż modli się o współpracę Bożą z jego zachciankami. Tak bywa na przykład, gdy ktoś zwracając się w modlitwie do Boga nie myśli o Wielkości, przed którą występuje, lecz znieważa nieskończony Majestat przez swe czysto ziemskie i nisJde prośby. Jest tu podobnie, jak gdyby ktoś uważając naczynie gliniane za cenne przyszedł do rozdzielającego godności i bogactwa króla i pominął je, a prosił o zrobienie z gliny tego, co sobie umyślił w swej ciasnej głowie. Takiemu to głupcowi równa się człowiek, gdy się źle modli, gdy się nie wzniesie na wyżyny modlitwy, lecz Boski Majestat zniża do poziomu ludziach namiętności, gdy swe skłonności stara się zakryć przed Tym, który przenika serca, i nie prosi o ich uświęcenie, lecz pogorszenie. "Ukarz tego, czy tamtego" - mówi do Boga "ponieważ mnie obraził i nie chcę mu przebaczyć". Szkoda, że nie doda: "Niech moja namiętność wzniesie się do Ciebie, niech moja złość trafi do Ciebie, Boże!" Jak w ludzkich sprawach nie można nieść pomocy jednej stronie, by równocześnie nie występować przeciw drugiej, tak też jest jasne, że kto Boga stawia przeciw swojemu wrogowi, musi pragnąć, aby współpracował On w jego gniewie i zapalczywości. To także znaczy żądać, aby Bóg podlegał namiętności, aby przybrał niedoskonałość ludzką i wypływającą z Jego istoty dobroć zmienił w zwierzęcą dzikość. Tak czyni ten, kto poluje na sławę, kto w swej pysze sięga po wielkie rzeczy, kto w procesie pragnie pokonać przeciwnika, kto chce zdobyć wieniec w gimnastycznych zapasach, kto na scenie zabiega o poklaski widzów, kto pragnie zaspokoić młodzieńczą namiętność. Wszyscy oni zanoszą prośby do Boga nie po to, aby się wyleczyć z choroby, lecz aby ją jeszcze większą uczynić. A ponieważ niespełnienie pragnień uważają za nieszczęście, istotnie bredzą, gdy błagają Boga o pomoc dla ich wad i, co najsmutniejsze, żądają, aby współdziałał w dwóch przeciwnych kierunkach, raz by był surowy, kiedy indziej dobry. Tego, którego proszą, aby był dla nich samych łaskawy, równocześnie błagają, aby dla ich przeciwników okazał się nieustępliwy i twardy. Co za głupota paplających! Wszak jeśli Pan Bóg będzie dla nich surowy, to i dla ciebie nie będzie łagodny. A jeśli względem ciebie okaże miłosierdzie, to jak może być surowy dla twych wrogów?

 

Grzegorz

 

 

Tekst pochodzi z pisma

"Królowa Apostołów" maj 2001 r.

Modlitwa uwielbienia

Magnificat (Łk 1,46-55), jedna z najbardziej znanych modlitw biblijnych, obecna w liturgii Kościoła, to przykład modlitwy uwielbienia. Modli się osoba, która doświadczyła w swoim życiu działania Pana Boga, zobaczyła też Boga działającego w otaczającym ją świecie.

     Czego możemy się nauczyć z tej maryjnej modlitwy? Z każdego niemal wersetu wyziera znajomość Pana Boga. Maryja może się modlić modlitwą uwielbienia nie tylko dlatego, że rozpoznała Boga działającego w swoim życiu, ale dlatego, że wie, kim Bóg jest. Święte jest Jego imię, Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie, On przejawia moc swego ramienia, władców strąca z tronu, głodnych nasyca dobrami, ujmuje się za swoim sługą Izraelem.

 

     W modlitwie uwielbienia ważna jest więc znajomość Boga, wiedza o Nim. Ona daje mi pewien zasób pojęć, twierdzeń, którymi mogę się posłużyć w modlitwie uwielbienia. Jeśli rozpoznaję Boga i Jego działanie, wtedy mogę Go uwielbiać.

 

     Przykładem podobnej modlitwy, zachwytu nad Panem Bogiem, nad tym co Bóg robi jest hymn napisany przez św. Pawła w Liście do Efezjan (Ef 1,3–14). Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie. I dalej następuje opis Bożego działania wobec człowieka. Paweł nie mógłby się tak modlić, gdyby nie znał Boga, gdyby nie wiedział, co Bóg czyni w życiu ludzi.

 

     Aby więc modlitwa uwielbienia mogła się rozwijać w naszym życiu, musimy poznawać Pana Boga, ciągle postępować w poznawaniu Go. Modlitwa uwielbienia jest przecież zachwytem nad tym, kim Bóg jest i co czyni.

 

     Modlitwa prośby może się rozwijać poprzez potrzeby człowieka, które będzie przedkładał Panu Bogu. Modlitwa dziękczynienia może się rozwijać gdy będzie się dziękować za wysłuchanie próśb. Natomiast rozwój modlitwy uwielbienia jest niemożliwy bez ciągłego poznawania Pana Boga.

 

     Z modlitwy dziękczynnej czy modlitwy prośby możemy wywnioskować, jaka jest egzystencja człowieka. Natomiast modlitwa uwielbienia daje poznanie tego, kim jest Bóg. Na podstawie Magnificat czy pieśni z Listu do Efezjan można napisać całe traktaty o Panu Bogu.

 

 

ks. Adam Prozorowski

 

Tekst pochodzi z pisma formacyjnego

Ruchu Światło-Życie "Wieczernik" nr 152/2007

 

Modlitwa nie wysłuchana

„Modliłem się, ale Bóg mnie nie wysłuchał. Tak długo prosiłem, ale On milczał, zostawił mnie samego, nie pomógł mi” - mówią niektórzy zawiedzeni na Bogu. Padają ofiarą własnego wyobrażenia o modlitwie, wyobrażenia dalekiego od wzoru, jaki dał uczniom Chrystus. Jest nią Modlitwa Pańska.

     Zauważmy hierarchię spraw, z jakimi Chrystus uczy nas zwracać się do Boga: pierwsze trzy prośby dotyczą troski o chwałę Bożą: uświęcenie Jego imienia, przyjście Jego Królestwa i wypełnienie się Jego woli. "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" - jest wyrazem gotowości całkowitego zdania się na Boga w sprawach codziennych.

 

     Nie ma W tej modlitwie trajkotania, zasypywania Boga sprawami mało istotnymi. Jest prośba o chleb powszedni, czyli o bezpieczną egzystencję, ale więcej jest troski o duszę. Świadczy o tym prośba o przebaczenie win i gotowość przebaczania innym, prośba, by Bóg chronił nas przed pokusami, strzegł przed uleganiem złu.

 

     "Ojcze nasz" to streszczenie najistotniejszych spraw, na których powinno zależeć człowiekowi wierzącemu. Czy jednak zależy mu na tym np., by świat zachwycił się Ewangelią, by czcił Jedynego Boga, żył oczekiwaniem na powrót Syna? Czy zależy mu bardziej na własnej duszy niż na ciele i materialnym powodzeniu? "Nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie waszych żądz" - tłumaczył apostoł Jakub milczenie Boga w pewnych sprawach.

 

     W porównaniu z Modlitwą Pańską w naszych modlitwach ciągle za dużo przyziemności, drobiazgów, a za mało troski o sprawy wielkie - sprawy Boga i Chrystusowego Kościoła. Za mało też pokory, ufności i wytrwałości w sprawach prywatnych, za dużo roszczeń i niecierpliwości.

 

     Przecież "Ojciec wasz wie, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie" - zapewniał Zbawiciel. On nie oczekuje od nas przesadnego gadulstwa, choć ceni naszą wytrwałą modlitwę. Oczekuje także naszego słuchania - wszak modlitwa to rozmowa - a nie monolog z listą naszych życzeń. Bóg - bliski i kochający Ojciec - doskonale wie, czego nam potrzeba. Wie lepiej od nas, co dla nas najważniejsze. Swoją wszechwiedzą obejmuje całe nasze życie, wie, jakie skutki pociągnęłoby za sobą wysłuchanie wszystkich próśb zgodnie z naszym życzeniem.

 

     Trzeba uczyć się modlić jak Chrystus - najpierw o to, co najistotniejsze z punktu widzenia wiary, potem o naszą codzienność - o to, co dobre, godziwe; prosić umiejętnie, właściwie, a więc nie za wszelką cenę, ale o ile będzie to zgodne z wolą Bożą. Bo może się zdarzyć, że prosimy o coś, co tylko pozornie będzie dla nas dobre, co w przyszłości obróciłoby się przeciw nam. My nie możemy o tym wiedzieć, ale Bóg - tak. Może np. ucząc się pilnie, modliliśmy się o przyjęcie na wybrane studia, może prosiliśmy Boga o miłość konkretnej osoby... ale bez rezultatu. Pozostało rozgoryczenie, choć prawdopodobne jest, że wybrany kierunek studiów nie odpowiadałby naszym zdolnościom, może zamknąłby drogę do czegoś innego, w czym będziemy lepsi? Może człowiek, o którego zainteresowanie zabiegaliśmy, nie spełniłby naszych oczekiwań, może my nie umielibyśmy go kochać tak, jak pokochamy kogoś innego...

 

     Tylko Bóg zna ostatecznie odpowiedź, dlaczego nie stało się tak, jak chcieliśmy. Jednego możemy być pewni. On w swej mądrości prowadzi nas zawsze najlepszą dla nas drogą.

 

     Zdając się w modlitwie ostatecznie na Jego wolę, możemy mieć pewność, że Bóg wysłucha nas zawsze - z perspektywy naszego dobra ostatecznego da to, co dla nas w tej chwili najlepsze. Czasem będzie to właśnie zawieszenie realizacji naszej -chybionej po ludzku - prośby.

 

Renata Komurka

O modlitwie

Przedstawiamy kolejny fragment zapisków Cataliny Rivas, współcześnie żyjącej mistyczki z Boliwii. Tym razem są to słowa Pana Jezusa, zachęcające nas do wytrwałej, ufnej modlitwy zanoszonej z pokorą. Pragniemy przypomnieć, że władze kościelne w Cochabamba, z arcybiskupem Renę Fernandezem Apaza, uznały doświadczenia mistyczne Cataliny oraz jej pisma za prawdziwe znaki Boże, dlatego zezwoliły na ich publikację.

     Powiedziałem: Proście, a otrzymacie. Nie zapominajcie jednak, że, abyście zostali wysłuchani, musicie w odpowiedni sposób prosić. Wielu prosi, ale nie każdy otrzymuje, ponieważ nie prosi tak, jak powinien to czynić, czyli: z pokorą, z wiarą i z wytrwałością.

 

     Nie toleruję pychy. Wiedzcie, że nie będą wysłuchane modlitwy tych, którzy ufaj ą tylko swojej sile i wierzą, że są lepsi od innych. Nie jestem natomiast głuchy na wołania ludzi pokornych. Modlitwy skruszonych wznoszą się do nieba i nie wracają, dopóki nie zostaną wysłuchane przeze Mnie. Wiedzcie, że kiedy uniżacie się, bezzwłocznie zmierzam do was, by was objąć. Ale jeśli stajecie się zarozumiali i dumni z powodu waszej mądrości i czynów, oddalam się od was i pozostawiam was samych sobie. Nie gardzę nawet największymi grzesznikami, gdy prawdziwie żałują za grzechy i uniżają się w Mojej obecności, wyznając, że są niegodni Moich łask. Nikt, kto wierzy we Mnie, nie zostanie zlekceważony. Niech wiedzą o tym wszyscy grzesznicy. Nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś Mi zawierzył i został opuszczony, i to bez względu na to, jak wiele grzechów popełnił. Kto zwraca się do Mnie z wiarą prosząc o łaski, które są natury duchowej i są pożyteczne dla jego duszy, może być pewien, że je otrzyma. Ja nie czynię jak ludzie, którzy obiecują, a potem nie dotrzymują słowa. Oni tak robią, ponieważ bądź kłamali przy składaniu obietnicy, bądź z upływem czasu zmienili zdanie. Ja jednak nie mogę kłamać, ponieważ jestem prawdą; nie mogę zmienić zdania, ponieważ jestem sprawiedliwością i prawością i znam konsekwencje własnych czynów. Jak więc mógłbym nie dotrzymać danych wam obietnic?

 

     Zachęcam was, byście prosili mnie o potrzebne łaski. To dlatego powiedziałem: Proście, a otrzymacie; szukajcie a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Jak mógłbym nawoływać was, byście prosili mnie o łaski, jeśli Moją wolą nie byłoby udzielanie ich? Jeśli będziecie prosić Mnie o rzeczy, które są pożyteczne dla waszego zbawienia i będziecie modlić się z wiarą, wysłucham was. Nie mogę spełnić natomiast próśb, które dotyczą rzeczy szkodliwych dla waszych dusz. Dla przykładu: jeśli ktoś myśli o tym, aby się zemścić za jakieś zranienie albo dokonać jakiejś obrazy i modli się o Moje wsparcie, nie zostanie wysłuchany. Prosząc bowiem o coś złego lub niesprawiedliwego, grzeszy się przeciwko Mnie.

 

     Podobnie, jeśli przywołujecie Bożą pomoc, bo chcecie, abym was wspierał, nie możecie stawiać jakiejkolwiek przeszkody w waszej modlitwie. Na przykład, jeśli prosicie o siły do pokonania pokus, a jednocześnie nie chcecie rezygnować z okazji do popełnienia grzechu, nie liczcie na to, że spełnię waszą prośbę. Gdy więc pomimo modlitwy zgrzeszycie, nie możecie winić za to Mnie, mówiąc: Prosiłam (em) Boga, aby dał mi siły do pokonania grzechu, ale mnie nie wysłuchał. To wy sami, stawiając przeszkody, sprawiacie, że wasza modlitwa jest bezużyteczna i że nie mogę spełnić waszej prośby.

 

     Doczesne łaski (np. zwycięstwo w sporze, dobre żniwa, wolność od chorób czy prześladowań) będą udzielone jedynie wtedy, jeśli będzie to pożyteczne dla waszego zdrowia duchowego. W przeciwnym wypadku, odrzucę takie prośby, ponieważ kocham was, a wiem, że takie łaski mogłyby spowodować szkody w waszych duszach. Nie daję pewnych łask kierowany Moim miłosierdzia, a inne udzielam dla kary. Jeśli zatem nie otrzymujecie łask, o które prosicie, cieszcie się, ponieważ lepiej jest dla was, że takie laski nie zostały wam udzielone... Wielokrotnie prosicie o truciznę, która by was zabiła. To dlatego musicie pozwolić, aby to Moja Wola spełniała wasze prośby, bo ona wie, czy dotyczą one czegoś, czego naprawdę potrzebujecie.

 

     O duchowe łaski, takie jak: przebaczenie grzechów, wytrwałość w cnocie czy miłość do Mnie, trzeba prosić w sposób pewny i bezwarunkowy, z głęboką nadzieją, że się je otrzyma. Grzesznicy! Jeśli nie zasługujecie, aby otrzymać łaski, proście w Moje Imię, ja mam bowiem wielkie zasługi przed Moim Ojcem. Ze względu na nie otrzymacie wszystko, o co poprosicie.

 

     Proście wytrwale, przede wszystkim nie ulegajcie znużeniu z powodu ciągłego ponawiania próśb. Właśnie dlatego powiedziałem: Nie ustawajcie w modlitwie, uczyńcie całe wasze życie modlitwą. Nie pozwólcie, aby cokolwiek powstrzymało was od modlitwy, ponieważ zaprzestając zwracania się do Mnie, sami pozbawiacie się Boskiego wsparcia i wystawiacie się na pokusy.

 

     Wytrwałość w łasce jest darem całkowicie darmo danym, który otrzymujecie nie ze względu na wasze zasługi, ale dzięki waszym modlitwom. Łańcuchowi Boskiego wspomożenia musi odpowiadać łańcuch modlitw, bez którego rzadko udzielam łask. Jeśli przerwiecie modlitwy i przestaniecie prosić, ja również wstrzymam łańcuch mojego wstawiennictwa i w ten sposób utracicie wytrwałość. Przeczytajcie: Dalej mówił do nich: Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje (Łk 11,5-8).

 

     Ludzie denerwują się, kiedy ktoś im się naprzykrza i prosi o coś. Mnie nie drażni wasze natręctwo w modlitwie, wręcz przeciwnie, cieszę się z waszej wytrwałości i zachęcam was, abyście przedstawiali mi swoje prośby wielokrotnie. Mówiąc: szukajcie, kołaczcie, chciałem, abyście zrozumieli, że musicie być jak biedni żebracy, którzy proszą o jałmużnę i którzy nawet wtedy, gdy ludzie ich odprawiają z niczym, nie przestają prosić i domagać się, aż nie zostanie im cokolwiek podarowane.

 

     Proście o wytrwałość w każdym momencie: kiedy się budzicie, modlicie, uczestniczycie we Mszy św., adoracji Najświętszego Sakramentu, kładziecie się spać... a zwłaszcza wtedy, gdy zły namawia was do popełnienia grzechu. Zawsze módlcie się słowami: Pomóż mi, wspieraj mnie, oświeć mnie, daj mi siłę, nie opuszczaj mnie. Proście mnie o łaski za pośrednictwem Mojej Matki, ponieważ Jej niczego nie odmawiam. Ona jest osłodą dla grzeszników, ratunkiem dla cierpiących i źródłem wszelkiej łaski.

 

Catalina

Świecka Misjonarka

Eucharystycznego Serca Jezus

(tłum. i oprac. Maria Zboralska)

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

O wartości modlitwy

Zjawiska nadprzyrodzone, cuda, których nie można naukowo wyjaśnić i do końca zrozumieć, są dla rozumu i wyobraźni wielu współczesnych ludzi znakami, które wskazują na istnienie niedoświadczalnej zmysłowo Bożej rzeczywistości. W ten sposób dumny umysł człowieka ma szansę zrozumieć i uwierzyć, że istnieje całkowicie go przerastająca Boża wszechmoc. Spotykając się z cudem, człowiek zawsze pozostaje wolny dlatego, że w tajemnicy cudu jest wystarczająca ilość światła dla tego, kto chce wierzyć, i wystarczająca ilość ciemności dla tego, kto wierzyć nie chce.

     Uczony światowej sławy, laureat nagrody Nobla Alexis Carrel, w 1903 r. przyjechał do Lourdes jako ateista ze swoją pacjentką Marią Bailly Ferrand, nieuleczalnie chorą na gruźlicze zapalenie otrzewnej. Był świadkiem jej nagłego, całkowitego uzdrowienia. Z ateisty stał się głęboko wierzącym katolikiem. Był uczciwy i dlatego zrozumiał, że z faktami nie można polemizować. Od tego czasu Carrel często przyjeżdżał do Lourdes i widział wiele uzdrowień, które badał jako członek komisji lekarskiej. Swoje przemyślenia i doświadczenia opisał w dwóch książkach: "Człowiek istota nieznana" (1936) oraz "Podróż do Lourdes" (1949). Carrel przez całe swoje życie dawał świadectwo prawdzie. Do końca pozostał głęboko wierzącym katolikiem pomimo niewybrednych ataków prasowych ze strony masońskich wyznawców racjonalizmu i pozytywizmu. Był człowiekiem głębokiej modlitwy. Przedstawiamy jedno ze spisanych przez niego przemyśleń na temat wartości modlitwy w życiu człowieka:

 

     Modlitwa jest przede wszystkim przejawem utajonej w człowieku zdolności odczuwania i okazywania czci Bogu. W ten sposób może on nawiązać relację osobowej miłości z Bogiem, co staje się dla człowieka źródłem najpotężniejszej energii życiowej.

 

     Wpływ modlitwy na umysł i ciało człowieka daje się stwierdzić równie ściśle i pewnie, jak wpływ gruczołów wewnętrznego wydzielania. Oddziaływanie modlitwy mierzyć możemy zwiększeniem sprawności fizycznej i umysłowej, wzrostem odporności moralnej, większym zrozumieniem warunków ludzkiego bytowania. Każdy, kto zdołał wyrobić w sobie zwyczaj regularnej, rzetelnej modlitwy, odczuwa niechybnie, że całe jego życie ulega ogromnej przemianie. Zwyczaj modlitwy wyciska trwałe piętno na całokształcie naszego działania i zachowania. Kto zdołał wzbogacić nim życie wewnętrzne, wyróżnia się widomie wewnętrznym spokojem, równowagą całego postępowania. Nowy płomień oświeca głębie jego świadomości. Człowiek zaczyna widzieć samego siebie i błędy, w jarzmie których tkwi. Zaczyna odczuwać żenujący rozwój swego samolubstwa, pustotę swej zarozumiałości, bezcelowość swych zachcianek, małostkowość swych trosk i niepokojów. Rozwija się w nim poczucie moralnej odpowiedzialności i umysłowej pokory. Rozpoczyna się jego "pielgrzymka do źródła łaski".

 

     Modlitwa jest siłą równie oczywistą, jak siła ziemskiego ciążenia. Jako lekarz byłem świadkiem, jak przez ufny akt modlitwy ludzie dźwigali się z bezdna cierpień i rozpaczy - wtedy, gdy zawiodły już wszelkie zabiegi lecznicze. Jest to jedyna w świecie moc, która zdaje się przeważać tak zwane "prawo przyrody". Nazywamy cudami wypadki, w których następuje to w sposób nagły i dramatyczny. Ale cud mniej widoczny dokonuje się stale w sercach tych, którzy odkryli, że modlitwa zapewnia im stały dopływ energii miłości Bożej podtrzymującej ich w trudach i kłopotach codziennego życia.

 

     Zbyt wielu ludzi widzi w modlitwie tylko banalny zbiór formuł, wyuczonych słów, ucieczkę dla słabych, dziecinną żebraninę doraźne korzyści. Kto tak pojmuje modlitwę, ten nie docenia zupełnie jej znaczenia. Podobnie jak ten, kto by w spadającym deszczu widział tylko wodę wypełniającą kałuże... Właściwie rozumiana modlitwa jest dojrzałą czynnością nieodzowną dla pełnego rozwoju naszej osobowości - jest warunkiem pełnej integracji wszystkich najwyższych możliwości ducha ludzkiego. Tylko przez modlitwę daje się osiągnąć to pełne i harmonijne skupienie wszystkich sił ciała, duszy i umysłu, które jedynie dać może niewzruszalną ostoję ułomnej naszej naturze.

 

     Słowa: "proście, a będzie wam dane" - potwierdzają się w ciągłym ludzkim doświadczeniu: modlitwa nie wskrzesi może zmarłego dziecka, nie wyleczy z choroby, ale jest zawsze - jak promieniotwórczy rad - trwałym środkiem samoczynnej energii miłości, której udziela Bóg.

 

     Jak to się dzieje, że modlitwa może nas wzmacniać tak dynamiczną energią? Aby odpowiedzieć na to pytanie, które oczywiście leży poza zasięgiem nauki -chciałbym wskazać na jeden wspólny rys, który znajdujemy w każdej modlitwie. Czy jest to triumfalne Hossanna Wielkiego Oratorium, czy też pokorne prośby myśliwego błagającego o powodzenie w łowach - staje przed nami ta sama prawda: człowiek usiłuje wzmóc ograniczone zasoby sił, zwracając się do źródła nieograniczonej Miłości Trójjedynego Boga.

 

     Gdy się modlimy, łączymy się z tą niewyczerpaną Miłością sprawczą, która porusza wszechświat. Prosimy, by ta cząstka miłości została nam udzielona dla naszych potrzeb. Już przez sam akt proszenia uzupełniają się nasze ludzkie niedomagania: wstajemy wzmocnieni i odrodzeni.

 

     Nigdy jednak nie należy wzywać Boga tylko dla zaspokojenia swoich własnych zachcianek. Najwięcej siły możemy czerpać z modlitwy nie wtedy, gdy tylko żebrzemy o coś dla siebie, ale wtedy, gdy prosimy o to, byśmy mogli stać się do Niego podobni. Modlitwę powinniśmy widzieć jako radość obcowania z Bogiem. Stary chłop siedział kiedyś bezczynnie w ostatniej ławce wiejskiego kościoła. Spytano go, na kogo czeka. Odpowiedział: "Patrzę na Niego, a On patrzy na mnie". Człowiek się nie modli po to, by Bóg o nim pamiętał, ale żeby sam o Bogu nie zapomniał.

 

     Jak można by zdefiniować modlitwę?

 

     Modlitwa jest to usiłowanie człowieka, by sięgać do Boga, by obcować z Niewidzialnym Stwórcą wszechrzeczy, który jest Mądrością Najwyższą, Prawdą, Pięknem, Mocą, Ojcem i Zbawcą każdego człowieka. Ten ostateczny cel modlitwy pozostaje zawsze ukryty dla naszego umysłu. Bo język i myśl zawodzą, gdy próbujemy określić Boga.

 

     Wiemy jednak bez żadnej wątpliwości, że gdy zwracamy się do Boga z gorącą modlitwą, coś w naszym życiu zmienia się na lepsze. Najkrótsza nawet modlitwa wywiera bardzo pozytywny wpływ na człowieka. "Żaden człowiek nigdy się nie modlił - pisze filozof Emerson - kto by się czegoś nie nauczył". Modlić się można wszędzie: na ulicy, w tramwaju, w biurze, w szkole - równie dobrze jak w samotni własnego pokoju, wśród tłumów wypełniających kościół. Na modlitwę nie ma z góry przepisanego miejsca ani czasu. "Myśl o Bogu częściej niż oddychasz" -powiedział stoik Epiktet.

 

     Aby głęboko przerobić i przeorać osobowość, modlitwa musi się stać zwyczajem. Nie ma żadnego sensu modlić się z rana, a potem żyć przez resztę dnia jak barbarzyńca. Prawdziwa modlitwa jest formą życia, a prawdziwe życie jest dosłownie formą modlitwy.

 

     Najlepsze modlitwy są jak samorzutne wyznania zakochanych, zawsze o tym samym mówiących, ale nigdy tak samo. Nie możemy wymagać, aby modlitwy nas wszystkich były wzniosłe, jak Teresy z Avilla czy Bernarda z Clairvaux, którzy cześć swą umieli wyrazić w mistycznych słowach o niedosięgłej piękności. Na szczęście nie musimy im w tym dorównać. Najmniejsze nawet nasze wzniesienie się ku Bogu będzie przez Boga przyjęte jako modlitwa. Nawet gdybyśmy byli niezdolni wymówić jednego słowa, a język nasz byłby skażony fałszem i pychą - najskromniejszy wyraz czci będzie Mu zawsze przyjemny i wynagrodzi go natychmiast wzmacniającym promieniem swej miłości.

 

     Dziś bardziej niż kiedykolwiek modlitwa jest nieodzownie potrzebna w życiu wszystkich ludzi. Zapomnieliśmy o najwydatniejszym źródle mocy i doskonałości: pozostaje jeszcze ono ciągle tragicznie nie wyzyskane. Modlitwę - moc ducha -musimy wskrzesić w naszym codziennym prywatnym życiu.

 

Alexis Carrel

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Modlitwa równoczesna

Po przyjściu do wspólnoty pierwszy raz spotkałem się z żywiołową modlitwą równoczesną. Po wezwaniu prowadzącego wszyscy ludzie wokół mnie, głośniej lub ciszej zaczęli jednocześnie wypowiadać lub wyśpiewywać słowa modlitwy. Chciało mi się krzyknąć: ludzie, chwileczkę, nie wiem co mówicie! Po chwili wszystkie słowa złączyły się jakby w jedną pieśń.

     Modlitwa równoczesna stała się charakterystycznym znakiem żywego spotkania modlitewnego. Niektórym osobom może wydawać się czymś dziwnym i niezrozumiałym. Zwykle jednak dzieje się to przy pierwszych kontaktach. Po jakimś czasie taka modlitwa jest naturalnym i spontanicznym odruchem. Dzieje się tak, ponieważ umożliwia ona wszystkim obecnym aktywnie budować jedność wspólnoty. Nie sposób być tu tylko słuchaczem. Każdy, indywidualnie i niepowtarzalnie, wnosi trochę koloru do modlitwy całej wspólnoty. Jeśli kiedykolwiek miałeś ochotę wykrzyczeć całemu światu swoją radość lub zmartwienie, to na pewno zrozumiesz taką potrzebę modlącej się wspólnoty, żywiołowo przeżywającej realną obecność Stwórcy na modlitwie i głośno demonstrującej swoją przynależność do Niego.

 

     Modlitwa równoczesna jest również czasem przekraczania bariery własnej nieśmiałości i strachu o reputację. Pamiętam bardzo pobożną i ułożoną dziewczynę, która przez lata przewodziła różnym grupom w mojej parafii. Pojechała pewnego razu z moją wspólnotą na weekendową Oazę Modlitwy i już w piątek trafiła pierwszy raz w życiu na żywą modlitwę równoczesną. Przez cały czas płakała. Opowiadała później, że coś się w niej wtedy wyzwoliło, mogła wreszcie wykrzyczeć chwałę jaka ją otaczała.

 

     W modlitwie równoczesnej osoba modląca się nie próbuje dzielić się z innymi, aby mogli ją zrozumieć, ale stara włączyć się, w zbiorową modlitwę osobistą całej wspólnoty. Żaden pojedynczy głos nie dominuje, a raczej wszystkie zlewają się ze sobą w jedną moc, w jedną wspólnotę, w jedną modlitwę.

 

     Nie powinniśmy jednak dopuścić, aby modlitwa równoczesna stała się mechaniczna lub zastąpiła modlitwę dzielącą się z innymi i wypowiadaną kolejno, a nazywaną potocznie spontaniczną modlitwą litanijną. Ponieważ taka modlitwa jest inspirowana w specyficzny sposób przez Ducha Świętego, może potężnie oddziaływać na klimat całego spotkania.

 

     Podobnie jak modlitwa równoczesna, która jest formą otwarcia się na dary duchowe, a w specjalny sposób na dar języków, tak modlitwa litanijna jest właściwie formą prorokowania, o którym mówi Św. Paweł: "Kiedy się przeto zgromadzi cały Kościół i wszyscy poczną korzystać z daru języków, a wejdą podczas tego ludzie prości oraz poganie, czyż nie powiedzą, że szalejecie? Gdy zaś wszyscy prorokują, a wejdzie jakiś poganin lub człek prosty, będzie przekonany przez wszystkich, osądzony i jawne staną się tajniki jego serca; a tak upadłszy na twarz, odda pokłon Bogu, oznajmiając, że prawdziwie Bóg jest między wami" (1 Kor 14,23-25). Pamiętam świadectwo pewnego ojca, widzącego własnych synów żywo modlących się na spotkaniu. - Od tak dawna - mówił - nie umiem Bogu nic powiedzieć od siebie, wstyd mi, bo oni wypowiadają to co ja powinienem, a nie potrafię..

 

     Na niektórych spotkaniach rozwinęła się forma oddawania chwały w modlitwie dzielenia. Ludzie zaczynają tu chwalić Pana Boga krótkimi wezwaniami; "Ty jesteś Bogiem", "Jesteś dobrym Pasterzem", "Jesteś wszechmocny" - takie okrzyki chwały następujące jeden po drugim przez kilka minut tworzą piękną litanię uwielbienia.

 

     Również psalm szczerze przeczytany, może być wspaniałą inspiracją do dzielenia, kolejno wypowiadanymi fragmentami biblijnymi lub krótkimi wezwaniami wyrażającymi aktualny stan ducha modlących się.

 

     Na spotkaniu bywa również i tak, że najwłaściwszą formą uwielbienia jest cisza. Często, po ożywionym śpiewie lub modlitwie równoczesnej zapada nagle, i każdy odczuwa w niej, obecność i świętość Boga. Nie jest to martwa, pozbawiona życia cisza, ani wynikająca z dezorientacji prowadzącego spotkanie, ale inspirowana i napełniana przez Ducha Św. pełna ledwo zauważalnego drżenia i Bożej chwały. Na spotkaniu modlitewnym pojawiają się takie chwile i nie powinniśmy ich unikać. Wprawdzie spotkanie modlitewne, w swej istocie, nie powinno być zbiorową medytacją ciszy, ale nie polega również na wytworzeniu maksymalnej ilości modlitewnego hałasu. Cisza może, a nawet powinna stać się elementem spotkania modlitewnego, w którym Bóg przemawia w głębi serc.

 

Wojtek Gałązka

 

Tekst pochodzi z pisma formacyjnego

Ruchu Światło-Życie „Wieczernik”

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Rozproszenia na modlitwie

Wielcy ludzie modlitwy, trwający na modlitwie długie godziny, zapytani, dlaczego ich modlitwy trwają zawsze godzinę, a nawet dłużej, odpowiadają, że przez pierwsze 15 minut muszą się wygadać przed Panem Bogiem, przez drugie 15 minut starają się skupić i słuchać Pana Boga, ciągle myśląc o wszystkim innym, tylko nie o Bogu, przez trzecie 15 minut denerwują się na siebie i tracą czas na myślenie co zrobić, aby myśleć o Bogu i dopiero po czterdziestu pięciu minutach przez około 15 minut zaczynają się naprawdę modlić, czyli słuchać co mówi do nich Bóg i odpowiadać na Jego Słowo.

     Z nami jest dokładnie tak samo, albo jeszcze gorzej. Ja zauważyłem, że kiedy próbuję się modlić, zaczynam się rozpraszać. Wtedy zaczyna mnie to denerwować, że się rozpraszam, potem denerwuje mnie to że się zdenerwowałem i tak dalej... Po jakimś czasie, gdy już powiem Panu Bogu wszystko, przypomnę sobie nagle, że to On powinien pierwszy zacząć mówić, a ja dopiero po Nim; zaczynam słuchać, całą swoją uwagę kieruję na Boga, aż tu nagle po jakimś czasie spotykam się z czymś co nosi nazwę ROZPROSZENIA NA MODLITWIE - myśli, wyobrażenia, uczucia nie mające nic wspólnego z moją modlitwą.

 

     Co z tym robić? Po pierwsze i ostatnie nie przejmować się ani nie złościć na siebie. Cokolwiek dzieje się na modlitwie, biorą w tym udział dwie osoby: Pan Bóg i ja. Zostawmy Panu Bogu sposób jej prowadzenia. To normalne, taki jest człowiek - czasami się rozprasza. Dopiero po zauważeniu faktu, że się rozpraszam, mogę zacząć z tym walczyć.

 

     Warto też zastanowić się, czy dane "rozproszenie" jest tylko rozproszeniem, czy jakąś ważną sprawą, którą nagle pokazuje mi Pan Bóg. Gdy zagłębiam się w obecności Pana Boga, czasem coś jakby stara się przeszkodzić mojemu skupieniu. Pojawiają się wyobrażenia i zajmują nagle mnie nie pytając o zgodę. Bardzo często modlitwa, jeśli jest oświecana mocą i prawdą Bożą, odsłania sfery w moim życiu, w które chce wejść Pan Bóg, aby je uzdrowić. Pokazując prawdę o nas samych, pokazuje przeszkody i bariery, które są w nas i uwierają w takich sytuacjach.

 

     Gdy zauważę, że myślę o czymś innym niż o Bogu, to nie rozważam dlaczego, ani dalej w to nie brnę, tylko wracam myślą do Boga. Uwaga! NIGDY NIE WOLNO SIĘ DENERWOWAĆ! Można też roztargnienie przekształcić w modlitwę, i tak np. niepokój o coś zamienić w modlitwę za to co mnie niepokoi. Być może dany niepokój wypływa z działania Pana Boga, który pokazuje mi jakiś problem do rozwiązania. Warto pamiętać, że rozproszenia pokazują prawdę o mnie samym i bez nich modlitwa nie była by do końca prawdziwa. Poza tym właśnie takiego, roztargnionego i rozpraszającego się - nieprzygotowanego na przyjęcie miłości - kocha Pan Bóg.

 

     Z rozproszeniem jest tak jak z narzeczonym, jadącym samochodem do swojej dziewczyny. Coś się popsuło, musi się zatrzymać, być może pożyczyć narzędzi - opóźni to spotkanie, ale nic nie znaczy. Gorzej, jeśli przy okazji pójdzie na piwo, albo na karty z kolegami i w ogóle nie dojedzie. Rozproszeniu nie mogę się poddawać, ale i nie powinienem sobie nim zawracać głowy bardziej niż miłością Boga do mnie, który właśnie do mnie mówi.

 

     Bardziej niż na rozproszenie na modlitwie zwróć uwagę, aby regularnie siadać do modlitwy (o stałej godzinie!). A do rozpraszających się co chwilę myśli podchodź jak do małych kociaków biegających po mieszkaniu. Łagodnie i z uśmiechem zbieraj je spokojnie wokół źródła Światła i Ciepła, gdzie im będzie najlepiej. Jezus jest cierpliwy i nie denerwuje się na małe kociaki, ale ogarnia je Swoim ciepłem. Cóż bardziej przyjemnego od przygarniania kociaków do światła i ciepła, cóż bardziej czułego niż zbieranie rozpraszających się myśli przy Panu Bogu.

 

     Czasem jednak w modlitwie przychodzą chwile naprawdę trudne. Rozproszenie trwa chwilę i może być nawet przyjemne, jeśli kieruje mnie bardziej na Boga i prawdę o mnie. Naprawdę trudno robi się, gdy modlitwa przestaje być jakkolwiek odczuwalna. Gdy robi się ciemno, nic nie widać i nie wiadomo którędy iść. To znaczy, że nadchodzi bardzo ważny i pożyteczny, choć trudny czas oschłości. O tym jednak następnym razem.

 

Wojtek Gałązka

 

Tekst pochodzi z pisma formacyjnego

Ruchu Światło-Życie „Wieczernik”

 

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Moja codzienna modlitwa

Jest sposób, by dzień przeżyć świadomie i twórczo, aby w naszym sercu dokonywało się zwycięstwo dobra i miłości a nie zła.

     Żyjemy w świecie nieustannej walki między życiem a śmiercią, prawdą a kłamstwem. Nie można zapominać, że istnieją demoniczne moce, które za wszelką cenę pragną nas zniewolić i pozbawić radości życia. Wiedzą, że tylko wtedy odniosą nad nami zwycięstwo, gdy uda im się odwieść nas od trudu codziennej modlitwy. Matka Teresy z Kalkuty często mówiła, że modlitwa powinna stać się najważniejszą czynnością dnia, a to dlatego, że otwiera nasze serca na Jezusa, który daje nam Siebie jako Miłość, jako Radość, Prawdę. "Bez modlitwy - mówiła Matka Teresa - nie potrafiłabym pracować nawet przez pół godziny. Bóg obdarza mnie siłą dzięki modlitwie(...) Modlitwa jest pokarmem duszy - czym krew jest dla ciała, tym modlitwa jest dla duszy. Dzięki modlitwie nasze serca stają się czyste i szlachetne (...) Jeśli poszukujesz Boga i nie wiesz, gdzie rozpocząć swoje poszukiwania, naucz się modlić i podejmij trud codziennej modlitwy (...) Jeśli będziemy się modlić, otrzymamy odpowiedź na wszystkie trapiące nas pytania".

 

     Aby żyć życiem godnym człowieka koniecznie trzeba wygospodarować codziennie przynajmniej 15 minut rano i wieczorem na osobiste spotkanie z Bogiem. Matka Teresa radzi: "Rozpoczynaj i kończ swój dzień modlitwą. Zwracaj się do Boga jak dziecko. Jeśli okaże się, że trudno ci się zdobyć na modlitwę, możesz powiedzieć: «Przybądź, Duchu Święty, poprowadź mnie, oświeć mój umysł, abym potrafił się modlić». Jeśli wierzysz w Boga i moc modlitwy, przezwyciężysz wszelkie uczucia zwątpienia, lęku i samotności".

 

     Nie sądź, że modlitwa zawsze będzie ci dostarczać duchowej rozkoszy. Jest to ciężka duchowa praca. Samo natchnienie i nastrój nie wystarczy. Nie szukaj w modlitwie błogości, przeżyć i uniesień. Poszukiwanie w modlitwie duchowej rozkoszy to pewien rodzaj egoizmu. Fakt, że modlitwa przychodzi z trudem, jest często oznaką jej działania.

 

     Postanów, że każdego poranka po przebudzeniu całkowicie powierzysz się Bogu w osobistym, intymnym dialogu odmawiając: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Wierzę w Boga, 10 Przykazań, modlitwę do Anioła Stróża lub inne. Po tej modlitwie zrób sobie gimnastykę i poranną toaletę. Następnie jeszcze w chwili medytacji razem z Panem Jezusem uporządkuj przewidywane zajęcia i wydarzenia według hierarchii ich wartości: najprzód obowiązki zawodowe (lub szkolne) i rodzinne, potem różne zaangażowania społeczne, towarzyskie itp. Zastanów się nad czekającym cię szczególnie odpowiedzialnymi lub trudnymi zadaniami, przykrą rozmową, której się spodziewasz, decyzją, która dzisiaj musi być podjęta.

 

     W czasie tego czasu rozmawiamy z Bogiem naszym własnym językiem, językiem naszych uczuć i problemów. Przeczytaj również fragment Ewangelii. Na końcu powierz Duchowi Świętemu ten dzień i to, co on niesie, bo nie wszystko wiemy.

 

     Wieczorem koniecznie trzeba znaleźć też przynajmniej 15 minut na modlitwę. Przeżegnaj się i wzbudź w sobie wiarę, że Bóg cię kocha i jest najbliższym z bliskich. Trwaj w milczeniu, aż się emocje uspokoją, i wszystkie swoje troski i kłopoty powiesz Jezusowi. Usuń ze swego serca wszelką gorycz, żal i poczucie krzywdy. Matka Teresa radzi: "Każdego wieczoru przed snem powinieneś zrobić rachunek sumienia (bo nie wiadomo, czy dożyjesz rana). Wszystko, co cię gnębi, co obciąża twoje sumienie, powinieneś naprawić. Na przykład, jeśli cokolwiek komuś skradłeś, staraj się oddać. Jeśli sprawiłeś komuś przykrość, przeproś natychmiast, nie zwlekaj. Jeśli nie możesz tego uczynić zaraz, wtedy przynajmniej wyznaj Bogu, że bardzo tego żałujesz. Jest to naprawdę ważne. Możesz powiedzieć: «Boże, tak mi przykro, że Cię obraziłem, ale obiecuję, że już więcej tego nie zrobię». Pamiętajcie, że Bóg jest miłosiernym Ojcem wszystkich ludzi. Jesteśmy Jego dziećmi i zawsze nam przebaczy jeśli tylko się do Niego zwrócimy . Przedtem jednak zajrzyjmy w głąb własnego serca, czy nie tkwi w nim żal do innych, którym nie potrafimy przebaczyć, bo trudno zwracać się do Boga o przebaczenie, gdy sami nie możemy innym przebaczyć. Módlmy się o to, abyśmy potrafili przebaczyć tym, którzy nas ranią albo których nie lubimy, i przebaczmy tak samo, jak i nam zostało przebaczone".

 

     W czasie wieczornej modlitwy medytacyjnej, razem z Jezusem i Maryją dokonajmy refleksji nad dniem, który minął. Próbujmy go ocenić, ale nie wyłapujmy tylko naszych upadków i niepowodzeń, lecz spójrzmy najpierw na to, co w nim było dobre: spełnione pomyślnie obowiązki, uczynione dobro, słusznie podjęte decyzje, spotkania, które ubogaciły, pokusy odrzucone - łączmy to z serca płynącym aktem wdzięczności Bogu, że nam w tym pomógł, że nie zostawił samych w trudniejszych momentach, że podsunął odpowiednie słowa czy zachowania. Potem niech nastąpi refleksja nad tym, co się stało złego: nad popełnionym grzechem, sprawą nieudaną z naszej winy. Tu trzeba stanąć w rzetelnej prawdzie o sobie i swoich słabościach. W tym nam pomoże Duch Prawdy, przywołujmy Go. W planach Bożych każde zło może być wykorzystane dla większego dobra: skruszyć naszą zbytnią pewność siebie, ukazać słabe strony, nauczyć odpowiedzialności, zmobilizować do pokonywania przeszkód.

 

     W końcu cały dzień, łącznie z aktem wdzięczności Bogu za dobro i żalu, za to co było złe, złóżmy Bogu Ojcu jako ufające Mu dzieci, Chrystusowi, jako Temu, który nas z Ojcem ustawicznie pojednywa i Duchowi Świętemu, który tym dniem kierował. Byłoby wspaniale, gdyby tę wieczorną medytację zakończyć modlitwą różańcową.

 

Teresa Tyszkiewicz

Zagrożenia na modlitwie

Czy można mówić o zagrożeniach na modlitwie? Czy modlitwa może być groźna? Oczywiście tak.

     Jeżeli modlitwa jest spotkaniem dwóch miłości, to zagrożenia występujące w miłości występują również na modlitwie. Miłość Boga jest doskonała i z tej strony można być pewnym i nie spodziewać się zagrożenia. Miłość ludzka jest ułomna, często chora, zabarwiona egoizmem i niosąca wiele niebezpieczeństw.

 

     Przykładem chorej miłości jest nadopiekuńcza matka, która tak "kocha" swoje dzieci, że mało nie "udusi" ich swoją miłością na śmierć, nie zostawiając im swobody w działaniu, kontrolując każdy ich krok i komentując wszystko co robią; tępiąc wszystko i wszystkich, którzy chcą jej "odebrać" uczucia dzieci. Taka sama postawa może się przydarzyć na modlitwie, kiedy staje się ona ucieczką od rzeczywistości, zachłannym "pożeraniem" owoców modlitwy, kiedy staje się ona orężem walki przeciw jakiemukolwiek innemu przeżywaniu spotkania z Panem Bogiem. Staje się wówczas zaprzeczeniem modlitwy. Obraca się to oczywiście przeciwko walczącemu, żyjącemu w stanie ciągłego zagrożenia i napięcia człowiekowi.

 

     Modlitwa stanie się również groźna jeśli zabraknie w niej kilku najważniejszych elementów. Dziś wiele sekt proponuje "modlitwę" - medytację jako środek na pozbycie się stresu, zmarszczek, zbędnych kilogramów i sposobu poznania swojego wnętrza. To BARDZO NIEBEZPIECZNE, ponieważ zapomnieli oni, że głównym i ostatecznym celem modlitwy jest spotkanie z Panem Bogiem. Cała reszta - pokój wewnętrzny, uzdrowienie wewnętrzne i poznanie siebie jest efektem i rezultatem spotkania z Bogiem. Oświecone jego światłem ukazuje się w pełnej krasie i bogactwie, ale nigdy bez Boga.

 

     Zdarza się, że osoba zagłębiająca się w swoje wnętrze bez Boga dotrze bardzo głęboko i dostrzeże jaka jest naprawdę BEZ BOGA - zobaczy rozpacz, beznadzieję i ciemną czeluść bez przyszłości. Efektem jest wiele samobójstw ludzi zgłębiających swoją duszę bez Boga. Jeśli ktoś proponuje ci jakąkolwiek formę medytacji w oderwaniu od jej głównego celu i mającej inny cel niż spotkanie z żywym Bogiem, to pamiętaj że kociakom najlepiej przy źródle ciepła i światła, a twoją drogę oświeca sam BÓG, a nie „nawiedzony guru”.

 

     Następnym warunkiem koniecznym w modlitwie jest spotkanie z Bogiem OSOBOWYM. I znów, „fachowcy” od wschodnich medytacji jeżeli proponują już boga to tłumaczą to jako bezosobową siłę, jako absolutne unicestwienie, niebyt. PAN BÓG JEST OSOBĄ, żywy, skuteczny, działający dziś, tu i teraz i z takim się spotykaj. Inaczej spotkasz się z kimś innym, nie z Bogiem.

 

     Prawda w modlitwie wymaga również prawdy o Panu Bogu. Trzeba więc ją zgłębiać, pytać, rozmawiać, uczyć się Pana Boga, trzeba czytać... Kiedy ostatnio miałem w ręku książkę o modlitwie, o rozwoju życia duchowego?

 

     Modlitwa nie musi być „ciemna”, rozsądne panny mają oliwę w lampach, więc kiedy nadchodzi oblubieniec na spotkanie, może zapalić lampę i oświecić trochę mroki niewiedzy i trudności. Troszcz się proszę o oliwę w swojej lampie, aby byle guru nie „zawrócił ci w głowie” swoją większą wiedzą religijną.

 

     Kolejnym BARDZO WAŻNYM warunkiem jest obecność słowa Bożego na modlitwie. To ono zaczyna modlitwę, oświeca ją. „Twe słowo Panie jest latarnią dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce”. Jeśli modlitwa jest spotkaniem Pana Boga i mnie, to powinna ją zacząć osoba ważniejsza. Bardzo często to ja zaczynam mówić, a Pan Bóg czeka cicho na swoją kolej, często bezskutecznie, bo kiedy kończę mówić, kończę swoją modlitwę. „Gdyby Kowalski pozwolił mi wtrącić choć słówko” - narzekał Pan Bóg w jednym z dowcipów o modlitwie. Często jeśli zaczynam modlitwę od własnych oczekiwań i pomysłów na nią, na końcu znajduję tylko własne pomysły i oczekiwania. Robi się ona pusta i niebezpieczna.

 

     Słowo Boże porusza we mnie różne dziedziny życia i wywołuje różne reakcje; od nudy począwszy, przez oburzenie i bunt do radości i uwielbienia. Prowokuje rozmowę o tym co poruszyło, a możesz być pewny, że jest skuteczne jak miecz obosieczny. I nie wraca bezowocne zanim nie dokona wszystkiego, po co zostało posłane...

 

     Diabeł czyha, aby popsuć człowiekowi każdą radość, ale nie jest w stanie popsuć Pana Boga i w Nim cała nadzieja. Spotkanie ze Stwórcą niesie w sobie tyle darów i umocnienia, że żadne licho nie jest w stanie cię oderwać od miłości Twego Boga; ani co wysokie, ani co głębokie, chyba że sam będziesz chciał odejść. Pan Bóg jest jak skała i warto na Nim budować. O modlitwie nie ma co dużo mówić. Największą frajdą w modlitwie jest ona sama, jest spotkanie z rozkochanym we mnie Stwórcą całego wszechświata.

 

 

Wojtek Gałązka

 

Tekst pochodzi z pisma formacyjnego

Ruchu Światło-Życie „Wieczernik”

 

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Zwyczajna to rzecz - modlitwa

Na wszystkim można zarobić, jako że wszystko można sprzedać. Na przykład niezły interes można robić na modlitwie. Ciężkie pieniądze ludzie wydają na różnego rodzaju seminaria, kursy, sesje prowadzone przez mniej lub bardziej wziętych mistrzów, nauczycieli czy guru uczących technik i sposobów medytacji, skupienia, modlitwy. Skutek tych poczynań jest różny, ale najczęściej marny. Ci nauczyciele najczęściej jedno robią skutecznie - rozwijają w swoich uczniach egoizm: Odetnij się od otoczenia, od swojej rodziny i przyjaciół, od radia, telewizji, gazet i książek. Przestań się interesować polityką, kulturą, a już zwłaszcza ekonomią. Pieniądz to twój największy wróg; bogacz, prawie każdy, to potępieniec, w naszych czasach jak huragan szerzy się konsumpcjonizm itp. Bywa, że w podobny sposób do spraw duchowych i religijnych podchodzą katecheci i kaznodzieje chrześcijańscy, katoliccy. Gdzie tkwi błąd? Otóż ów błąd tkwi w przekonaniu, że modlitwy można nauczyć, że można nauczyć medytacji, a nawet kontemplacji. Tymczasem nie, nie można, modlitwy nie można nauczyć, jak nie można nauczyć kogoś czy nawet siebie małżeństwa, rodzicielstwa, jak nie można nauczyć pisklęcia fruwania, choćby to było pisklę orła. I jak nie można zmusić domowej gęsi, by wzbiła się: pod obłoki. Małżeństwo i rodzicielstwo jest owocem miłości, wiemy przecież, że w Kościele nie ma rozwodów, ale zdarzają się stwierdzenia nieważności małżeństwa, które było zawarte w kościele zgodnie z kościelnymi przypisami, a jednak nieważnie, bo nic było między narzeczonymi miłości. Było natomiast np. kłamstwo. On zataił przed nią, że jest wieloletnim alkoholikiem. Z modlitwą jest podobnie jak z małżeństwem.

     Modlitwa jest przecież czymś wtórnym, jest naturalnym, zwyczajnym, prostym, oczywistym skutkiem, owocem wiary, czyli naszej miłości do Boga, a raczej jest owocem naszej wiary w miłość Boga do nas. Miłość tak wielką, że "nic nie zdoła jej złamać".

 

     Jest owocem przyjaźni z naszej strony, zawsze jednocześnie słabej i mocnej, pełnej całkowitego słodkiego oddania i gorzkiego buntu jednocześnie, kłótni i pogodzeń, odejść i powrotów, zdrady i pojednania, przebaczenia i roztopienia w sobie, ale zawsze na śmierć i życie. Bez takiej więzi z Bogiem nie ma modlitwy, jest co najwyżej zabobon, magia. Recytuje się wtedy formułki, śpiewa, tańczy, medytuje, składa ofiary, ale tylko po to, by sobie takie czy inne bóstwo zjednać, przeprosić, skłonić do uległości, do tego, by Bóg pełnił wolę człowieka, albo też wykonujemy te nabożne praktyki, by posiąść tak zwany pokój wewnętrzny, harmonię duchową, samorealizację, spełnienie. Bywa, że i nam, katolikom, przydarza się tak właśnie myśleć o naszym Bogu i tak pojmować modlitwę.

 

     Modlitwa zatem bierze się z wiary. Trafnie tę prawdę ujął Leszek Kołakowski: „Kto mówi, że Boga nie ma i jest wesoło, sobie kłamie”. I następnie: „Wiara religijna jest wyrazem ludzkiego zaufania do życia i poczuciem sensu świata, sensu istnienia. Dlatego nie zginie, na przekór proroctwom racjonalistów”. Skoro tak, to można zaryzykować twierdzenie, że każdy człowiek, który stawia sobie pytania: Po co to wszystko? Skąd to wszystko? Co jest po śmierci? Co było, kiedy niczego nic było? Co to znaczy, że umiem te pytania stawiać? - już się modli, bo na te pytania może odpowiedzieć jedynie Bóg. A ponieważ Boża odpowiedź nie spada na nas z Nieba, ale przychodzi do nas za pośrednictwem ludzi, stąd trzeba uważać, by nas kto nie zwiódł.

 

     Na zakończenie tej medytacji o źródłach modlitwy oddajmy głos innym, tym, których mądrość sprawdził już czas. Karl Rahner, niemiecki jezuita, z którym obecny Papież prowadził niejeden raz spór i co nie przeszkadzało im być przyjaciółmi, mówi: "Ta para pojęć {sacrum i profanum) nic nadaje się (...) do wyrażania sposobu, w jaki chrześcijaństwo widzi świat i jak interpretuje samo siebie". Na takie spojrzenie na świat może pozwolić sobie tylko człowiek wierzący w Boga, który stał się człowiekiem, zmaterializował, pokazując tym samym, że Boga nie trzeba szukać w poza światach, ale wokół siebie i w sobie, że jest on bliżej nas niż, jak powiadał św. Augustyn, my sami siebie. Zaś Czesław Miłosz tych, którzy wciąż wierzą, że istnieje światopogląd naukowy, przestrzega:

 

     "Jeżeli Boga nic ma,

     to nie wszystko człowiekowi wolno.

     Jest stróżem brata swego

     i nic wolno mu brata swego zasmucać,

     opowiadając, że Boga nie ma".

 

      I wreszcie ojciec Andrew Crecley SI, socjolog z University of Chicago, tak powiada: Katolicy żyją w cudownym świecie, świecie posągów, witraży oraz wotywnych świec, świętych i medalików, różańców i świętych obrazów. Ale te katolickie akcesoria to zaledwie namiastka głębszej i bardziej wszechobecnej wrażliwości religijnej, która skłania katolików do dostrzegania świętości kryjącej się w stworzeniu". A więc i religii nie trzeba szukać gdzieś daleko, bo jesteśmy religijni z natury. Wystarczy pamiętać, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, co znaczy, że wszyscy ku Bogu ciałem i duszą się wyrywamy. To o tym dążeniu człowieka do Boga i Boga do człowieka mówi Biblia i liturgia, zwłaszcza Eucharystia.

 

Wacław Oszajca SJ

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Żaden rys go nie zmyli

"Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego?" (1 Kor 6,19).

 

     Wiele szkody wyrządziły modlitwie te pojęcia, które w dość niezręczny sposób starały się podkreślać jej charakter wyłącznie "duchowy" i "rozumowy", jakby wstydził)' się ciała, które przez wielu było i jest traktowane wyłącznie w kategoriach przeszkody w spotkaniu z Bogiem. "Angelizm", czyli oderwanie od ciała, jest tak samo groźną pokusą w życiu duchowym, jak przywiązanie do "ziemskich" i "cielesnych" wyobrażeń. Człowiek modli się całą swoją osobą. Nie tylko sercem, umysłem i wolą, ale także i swoim ciałem. Ofiarujemy na "ofiarę. Bogu przyjemną" nie tylko nasze dusze, ale także i nasze ciała (por. Rz 12, 1). Jest to prosta konsekwencja faktu, iż ciało stanowi integralną część człowieczeństwa. Ciało jest naszym "mieszkaniem", więcej nawet - świątynią (por. 1 Kor 6, 9), a więc w sposób naturalny jest też "miejscem" modlitwy. Skoro żyjemy w ciele, z pomocą też ciała szukamy Boga i oddajemy Mu cześć i chwałę. "Chwalcie Boga w waszym ciele" - zachęca św. Paweł (1 Kor 6,20). Dla św. Pawła było rzeczą oczywistą, że poprzez czynności cielesne człowiek może oddawać chwałę Bogu: "Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie" (1 Kor 10,31).

 

     W Piśmie Świętym nie ma cienia uprzedzenia do ciała, jakie istnieje we współczesnej cywilizacji. "Do fundamentalnych błędów zachodniej duchowości należy przesadne podkreślanie "momentu duchowego" przy równoczesnym gardzeniu «bratem ciałem·. (...) Pismo Święte zna całego człowieka i nie jest wrogie ciału" - zauważa niemiecki teolog Hans Waldcnfels. Biblia często zaprasza do włączania ciała w modlitwę: "Wraz z dłońmi wznieśmy i serca do Boga w niebiosach" (Lm 3,41); "Padnijmy na twarz i zegnijmy kolana przed Panem" (Ps 95,6). Wiele osób zanoszących swoje prośby do Jezusa upadało przed Nim na kolana (por. Mt 17,14; Mk 1,40). Sam Jezus w Ogrójcu upadł przed swoim Ojcem "na kolana i modlił się" (Łk 22,41).

 

     Na modlitwie postawa naszego ciała winna być dostosowana do postawy serca. Stąd też św. Ignacy podpowiada nam, by w czasie bezpośredniej rozmowy z Bogiem przyjąć postawę ciała, która wyrażałaby "większe uszanowanie" (Ćwiczenia duchowne = ĆD 3).

 

     Doświadczenie pokazuje, że szukanie na modlitwie komfortowej pozycji dla ciała nie jest przypadkowe. Wyraża zwykle powierzchowność rozmowy z Bogiem. Zmysłowe lenistwo ciała jest znakiem "lenistwa duszy".

 

     Nie tylko jednak rozum i serce mogą wpływać na ciało. Również i ciało może oddziaływać na rozum i serce. Nierzadko zdarza się nam, iż na modlitwie nasza dusza i jej władze - jak mówi św. Ignacy -stają się "całkiem leniwe i letnie i jakby odłączone od swego Stwórcy i Pana" (ĆD 317).

 

     W takich momentach, kiedy nie wiemy, jak modlić się "duszą", możemy modlić się gorliwiej i wytrwałej ciałem. Kiedy więc ogarnia nas wielkie "duchowe" zniechęcenie do modlitwy, możemy postawą ciała wyrazić większe zaangażowanie, hojność i zaufanie do Pana. Możemy przemawiać do Niego nie tylko językiem uczuć, rozumowych pojęć, ale także językiem ciała.

 

     W chwilach duchowych oschłości i rozproszeń na modlitwie winniśmy więc przyjmować pokorną postawę ciała, która wyrazi nasze błagania i prośby skierowane do Boga, skruchę i żal wobec Niego, pragnienia i tęsknoty za Nim. W ten sposób możemy oddziaływać ciałem na "serce", którego "cierpliwość w strapieniu" - jak mówi Loyola - rychło zostanie nagrodzona pocieszeniem.

 

     Ojciec Ignacy, Mistrz modlitwy, dopuszcza wielką różnorodność postaw ciała w czasie spotkania z Bogiem. Rozpocząć modlitwę "już to klęcząc, już to leżąc krzyżem, już to leżąc na wznak, już to siedząc lub stojąc, zawsze jednak starając się znaleźć to, czego chcę" (ĆD 76). Zgodnie z tą zachętą trzeba szukać dla siebie takiej postaw)' ciała, która byłaby najbardziej odpowiednia dla wyrażenie naszej postawy serca. Poszukiwanie najbardziej odpowiedniej postawy ciała nie może być jednak nieustannym, pełnym niepokoju zmienianiem pozycji ciała na modlitwie. Stąd też Autor Ćwiczeń zachęca: "Jeżeli znajdę to, czego chcę, klęcząc, nie przejdę do innej postawy, a jeżeli leżąc krzyżem, to tak samo" (ĆD 76). Jako człowiek bardzo dyskretny zwraca jednak uwagę, by wielką różnorodność modlitewnych postaw stosować "w samotności, na przykład w domu, nigdy zaś w kościele w obecności innych" (ĆD 88).

 

     Wielki mistrz rzeźby August Rodin pisał: "Artyście wystarczy spojrzeć na twarz ludzką, aby odczytać duszę; żaden rys go nie zmyli, hipokryzja jest dla niego tak samo widoczna jak i szczerość, pochylenie czoła, najmniejsze zmarszczenie brwi, uciekające spojrzenie wyjawiają mu najtajniejsze sekrety serca". Jeżeli wrażliwy artysta potrafi czytać treść duszy, patrząc na ciało, to cóż dopiero Bóg, który "przenika nas", widzi nasze działanie i nasz spoczynek, i wszystkie nasze drogi są Mu doskonale znane (por. Ps 139,1-4). Ale czyż nie po to On sam stał się Człowiekiem, abyśmy i my, kontemplując Jego Ciało, mogli czytać w Jego Boskim sercu?

 

 

Józef Augustyn SJ

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Litania

 

Maj. Codziennie, zwykle w godzinach wieczornych w polskich kościołach odprawiane były nabożeństwa eucharystyczne.

     Jezus osłonięty ubogą, białą chlebową szatą był obecny wśród modlących się. Z tronu złocistej monstrancji ogarniał wszystkich ciepłym spojrzeniem. Słuchał spokojnej, głębokiej i wzruszającej litanii przypominającej wielkość, przymioty i piękno Maryi, swej matki. W Niej, jak w lustrze, odbija się bowiem potęga i majestat, doskonałość i dobroć Ojca z nieba. Maryja osiągnęła to duchowe bogactwo i godność, oddając bez zastrzeżeń Najwyższemu siebie i swe życie. Niezwykłe i doniosłe były to spotkania. A jednak świątynie świeciły pustkami. Grupa dorosłych, garść dzieci, tu i ówdzie, uczniowie gimnazjów, licealiści, studenci.

 

     Pytam zaprzyjaźnionych młodych ludzi: -Dlaczego nie ma was na nabożeństwach majowych? Chwila konsternacji. A potem z typową dla młodych szczerością, aż do bólu, chóralna odpowiedź: Bo te litanie są nudne! Nie wiadomo, o co w nich chodzi!

 

     Litania - jest modlitwą. Modlitwą prostą, ale to nie znaczy, że płytką. Łatwą do recytacji, śpiewu. Dzięki niej modlą się oczy i usta, kolana i ręce, rozum i wola. Modlą się również człowiecze uczucia. Modlitwa litanijna obejmuje całego człowieka! Wprowadza go w medytację, czyli niezwykle trudną, lecz nieodzowną w rozwoju wewnętrznym formę rozmowy z Jezusem. To modlitwa dla orłów!

 

     Litania - jest modlitwą, w której Bóg mówi nam "wszystko" o sobie, przypomniał Jan Paweł II. Mówi o Jezusie, o odwiecznym planie ratowania ludzkości i każdego człowieka, o swojej miłości, o swej "współczującej dobroci dla każdego, o potrzebie i pięknie świętości, o hojności Boga w jej rozdawaniu. Litania to modlitewne portrety bohaterów Ewangelii, takich jak Jezus, Maryja z Nazaretu, św. Józef...

 

     Litania jest rozmową intymną. Bóg odsłania przed człowiekiem swe serce. Okazuje mu zobowiązujące zaufanie. Człowiek odwzajemnia mu zaufaniem ze swej strony. W tej rozmowie rodzi się więź przyjaźni pomiędzy ziemianami a mieszkańcami nieba.

 

     litania to boska instrukcja, jak na drodze posłuszeństwa przykazaniom i Ewangelii z nędzarza wyróść na człowieka nieprzeciętnie zamożnego. Majętnego w tym i w przyszłym świecie. Obfitującego w bogactwo niezniszczalne i nieutracalne - bogactwo miłości!

 

     Litania to boska rada, jak znaleźć drogę, sposób i środki konieczne do osobistego rozwoju. Rozwinąć się, zmężnieć, okrzepnąć. Z pokrzywy przemienić się w kwiat. Ze słabeusza wyróść na mocarza ducha. Stać się sławnym i nigdy nie pójść w zapomnienie. Osiągnąć autentyczną wielkość dzięki przyjaźni i łaskawości Boga.

 

     Czerwiec. Każdego dnia o zmierzchu w polskich kościołach, w obecności Pana Jezusa, rozbrzmiewać będzie Litania ku czci Najświętszego Serca Jezusa, a więc ku czci Odwiecznej Miłości! Czy i teraz świątynie będą świeciły pustkami? Bóg już przyszedł i czeka. Reszta zależy od ciebie!

 

ks. Rafał Buchinger

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Chwila modlitwy

 

Różnie można nazwać tę formę modlitwy. Taką modlitwę praktykował Jezus, kiedy od czasu do czasu kierował wezwania do Ojca, na przykład: „Wysławiam Cię Ojcze, Panie nieba i ziemi, bo zakryłeś te sprawy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Tę formę modlitwy można teoretycznie nazywać aktami strzelistymi, nawiedzeniem, itp.

     Chciałbym zwrócić uwagę na chwilowe nawiedzanie kościoła, wejście do kościoła „na chwilę”.

 

     "Chwila modlitwy" jest bardzo ważna. Po pierwsze - ma charakter niezwykle osobisty. Przychodzimy, żeby zupełnie sam na sam stanąć przed Panem i tylko przed Nim. Nie ma prawie w ogóle śladu kogoś innego, innej osoby - tyko ja i Pan. Chodzi wyłącznie o spotkanie z Tajemnicą. To poważna lekcja w szkole modlitwy! Można powiedzieć, że żadna inna forma modlitwy nie jest tak intensywnie naznaczona spotkaniem z Tajemnicą i owym "sam z sam" z Umiłowanym.

 

     Po drugie "chwila modlitwy" związana jest (najczęściej) z konkretną sytuacją życiową i to w wielorakim sensie. Wpadamy do kościoła na "chwilę modlitwy" w bardzo konkretnych okolicznościach, między czymś, a czymś (przed szkołą albo po szkole, w czasie zakupów, w drodze na urodziny). Wpadamy do kościoła na "chwilę modlitwy", bo tego właśnie "teraz" potrzebujemy. To teraz może być duże, ale może być też małe, może być bolesne, a może być szczęśliwe, może być głośne albo ciche. Wpadamy, bo "teraz" odczuwały taką potrzebę.

 

     "Chwila modlitwy" jest najbardziej praktycznym i dosłownym przeniesieniem codzienności przed Pana. Wchodzimy na nią wraz z całą codziennością. Co ciekawe, codzienność wtedy nie przeszkadza, a wręcz wspiera skupienie na Tajemnicy Boga. To także poważna lekcja na drodze modlitwy!

 

     "Chwili modlitwy" nie da się zaplanować. Nie przewidzisz, kiedy wejdziesz do kościoła ani tego czy wejdziesz, czy będzie czas. Ta nieuchwytność "chwili modlitwy" w twardych ramach codziennych planów jest piękna. Ona ma szansę pokazać, dać „odczuć”, na czym polega spontaniczność w modlitwie, co znaczy wolność na modlitwie. „Chwila modlitwy” jest swoistym dopełnieniem naszego radykalizmu dynamicznego. Radykalizm dynamiczny, któremu nie towarzyszy „chwila modlitwy”, jest trochę zimny, suchy i schematyczny. Modlitwa chwilowa ożywia radykalizm, radykalizm wspiera modlitwę chwilą.

 

     „Chwila modlitwy” trwa chwilę - i koniec, i dalsze życie, zmaganie, niepokoje.

 

     Zapraszam Cię na (częstą) "chwilę modlitwy". Nie zastąpi ona innych form modlitwy i nie takie jest jej zadanie. Niech ona stanie się jedną ze ścieżek, po których idziesz (biegniesz) na spotkanie z Bogiem. Praktykuj ją tylko wtedy, kiedy masz na to ochotę. Nie musisz wchodzić do każdego napotkanego kościoła czy kaplicy - nie o to chodzi. Kiedy masz na to ochotę - wejdź do kościoła „na chwilę”, minutę, dwie. Stań wobec obecnej w świątyni Tajemnicy. Posłuchaj, jak bije twoje serce, jak brzmi twój oddech. Może masz coś szczególnego albo zupełnie nieistotnego do powiedzenia Panu? Powiedz! A potem idź dalej.

 

     „Chwila modlitwy” jest swoistym termometrem całej modlitwy. Dochodzi w niej do głosu pragnienie zjednoczenia z Bogiem, pragnienie poszukiwania i kochania Boga. Jest przypomnieniem także o Bożej miłości. Jest oddechem, uwolnieniem od schematów, „nieoficjalnym” spotkaniem z Ukochanym i Kochającym Bogiem.

 

Ojciec Piotr z Tyńca

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Modlitwa regularna i wytrwała

 

Czytałem ostatnio książkę, w której pewien pastor usiłował przekonać jakiegoś młodzieńca o konieczności codziennego przebywania przez jakiś czas sam na sam z Panem. Młodzieniec ów oświadczył pastorowi, że pragnąłby modlić się oraz być bardziej związanym z Kościołem, lecz jest zbyt zaabsorbowany pracą zawodową i nauką w szkole. Nie ma po prostu czasu na nic innego.

     Jednakże niedługo potem młodzieniec ten zakochał się w pewnej dziewczynie i zauważył, że jest w stanie znaleźć w swym planie dnia miejsce na spędzenie z nią sporej ilości czasu. Ponieważ kontakt ten zajmował naczelne miejsce w jego życiu, młodzieniec chciał pogłębić go. Był skłonny wykroić nań czas ze swego napiętego planu. W rezultacie, stosunek do dziewczyny stał się dla niego ważniejszy niż związek z Panem: dla pierwszego pragnął się poświęcać, dla drugiego nie.

 

     Jak ważny jest dla nas nasz związek z Panem? Czy zajmuje on pierwsze miejsce w naszym życiu? Czy jesteśmy gotowi podjąć każdy wysiłek, by go podtrzymać i pogłębiać?

 

     Kiedy zostałem "ochrzczony w Duchu", dokonałem jednego z największych odkryć w moim życiu: Pan osobiście darzy mnie swoją opieką, kocha mnie i chce przyciągnąć mnie bliżej ku sobie. To odkrycie dokonało przewrotu w moim życiu. Zdałem sobie nagle sprawę, ze mój związek z Panem jest relacją dwustronną. Pan "zainwestował Siebie" we mnie, stał się człowiekiem i umarł na krzyżu, a teraz, za pośrednictwem swego ducha, chce nadal oddawać mi Siebie. Oznacza to, że muszę Mu się odwzajemnić, odszukać Go, oddać Mu wzajemnie siebie.

 

     Słyszałem kiedyś proroctwo, w którym Pan powiedział komuś: "Ty jesteś w moich myślach na pierwszym miejscu. Czy Ja jestem na pierwszym miejscu w twoich? Prawdopodobnie większość z nas miałaby trudności z udzieleniem twierdzącej odpowiedzi na to pytanie.

 

     Jednakże są pewne kroki, które możemy przedsięwziąć, aby Pan stawał się powoli, z dnia na dzień, ośrodkiem i celem naszego życia i głównym podmiotem naszych myśli.

 

     a) Modlitwa podstawowym środkiem

 

     Jeśli dwoje ludzi pragnie się zaprzyjaźnić, muszą oni przebywać ze sobą. W przypadku naszego indywidualnego związku z Panem oznacza to konieczność codziennego przeznaczenia pewnego czasu na modlitwę. Oszukujemy samych siebie jeżeli sądzimy, że wystarcza pomodlić się w wolnych chwilach w ciągu dnia - kiedy idziemy po zakupy, czy kiedy robimy pranie. To jest za mało. Niemożliwe jest, aby zaistniał naprawdę głęboki związek między nami a Bogiem, jeśli podejdziemy do tego w sposób tak przypadkowy. Regularne komunikowanie się leży u podstaw wszelkiego udanego związku, nie wyłączając związku z Panem.

 

     Wszakże inną jest rzeczą uznać ważność modlitwy, a jeszcze inną znaleźć na nią w życiu miejsce. Najlepszy sposób, w jaki możemy to osiągnąć, polega na wyznaczeniu sobie stałej godziny na modlitwę codzienną i następnie zobowiązaniu się do ścisłego przestrzegania tej godziny. Pora naszej codziennej modlitwy powinna stać się istotną częścią naszego planu dnia, tak istotną, by do głowy nam nawet nie przyszło z niej zrezygnować.

 

     Oczywiście zdarzają się nieprzewidziane wypadki, które zmuszają człowieka, choćby nie wiem jak był zapalony, do zrezygnowania ze zwykłej modlitwy.

 

     Jest jednak pora modlitwy, której nikt nie może nam odebrać i zakłócić: czas bezpośrednio poprzedzający udanie się na spoczynek.

 

     Jeżeli mamy ustaloną inną porę dnia na modlitwę, ten czas zawsze możemy traktować jako ostateczną "rezerwę".

 

     b) Najlepsze chwile

 

     Gdy wyszukujemy możliwą porę na modlitwę, powinniśmy pamiętać o tym, że Panu należy się czas najlepszy, a nie ten zbywający. Nauczyło mnie tego doświadczenie. Byłem studentem, kiedy ponownie oddałem się Panu. Wtedy godziny, gdy umysł był najświeższy, poświęcałem na uczenie się, zaś późne godziny wieczorne na modlitwę. Naturalnie, wieczorem byłem już porządnie zmęczony, a w głowie roiło się od spraw dnia. Przyłapałem się na tym, że myśli dotyczące studiów czy też wydarzeń dnia bieżącego przemycam jako modlitwę. Byłem zanadto znużony, by zdobyć się na coś innego. Mój związek z Panem osłabł znacznie, aż do momentu, kiedy zdecydowałem oddać Mu część najlepszego czasu w ciągu dnia. Od tej chwili moja miłość do Niego i wiedza o Nim nabrały nowej głębi.

 

     Może się zdarzyć, że spoglądając na nasz plan dnia, powiemy: "To niemożliwe ! Nie mogę przeznaczyć dla Pana najlepszego czasu". Lecz, jeśli myślimy poważnie o życiu chrześcijańskim, znajdziemy wyjście. Pewien biskup zwierzył się jednemu z moich znajomych, ze jest zbyt zajęty, by poświęcić godzinę dziennie na modlitwę. Znajomy mój w odpowiedzi wezwał go do dwugodzinnej codziennej modlitwy. Biskup był zdumiony, ale przyjął radę i udało mu się uzyskać w swym wypełnionym planie jeszcze dwie godziny. Nowy rodzaj pokoju i mocy nawiedził jego życie, a jego miłość do Pana rozwijała się bujniej.

 

     A to dlatego, że chciał znaleźć czas dla Pana i znalazł go.

 

     Rozkład dnia rodziców czy innych ludzi obciążonych dużą ilością obowiązków może być w ten sam sposób przeciążony jak rozkład dnia owego biskupa.

 

     Każdy jednak przy przemyślanym wysiłku wynikającym ze zrozumienia wagi modlitwy znajdzie sposób rozwiązania tego problemu.

 

     Ile czasu należy zarezerwować na modlitwę?

 

     Jeżeli jesteśmy nowicjuszami w modlitwie, lepiej jest wybrać krótki odcinek czasu niż długi. Możemy zacząć na przykład od piętnastu minut. Potem, w miarę uczenia się modlitwy i oswajania się z nią, możemy przedłużać ten odcinek, aż do momentu, gdy osiągniemy odpowiednią dla nas długość.

 

    c) Odpowiednie miejsce

 

     To, gdzie się modlimy jest nie mniej ważne od tego, kiedy i jak się modlimy. Nie każde dostępne miejsce musi być koniecznie odpowiednie. Kiedy byłem profesorem na uniwersytecie, próbowałem modlić się w swoim gabinecie. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, ze modlenie się jest tam niemożliwością. Byłem otoczony różnymi rozpraszającymi czynnikami: prace studentów czekały, by je przeczytać, formularze, by je wypełnić, w następnej godzinie miałem wygłaszać wykład, studenci wpadali z wizytą. Jednakże nie potrafiłem wynaleźć żadnego innego miejsca na modlitwę. Zwróciłem się do Pana z prośbą o pomoc i na krótko po tym odkryłem w gmachu pusty gabinet. Sekretarka, chrześcijanka, powiedziała mi, że mogę korzystać z tego pokoju i ze ona nie pozwoli, by ktokolwiek niepokoił mnie w trakcie modlitwy.

 

     O ile to możliwe, pokój, na który się ostatecznie zdecydujemy powinien umożliwiać nam głośną modlitwę i śpiew. Nie należy zadowalać się miejscem, które nie pozwala na pełnię ekspresji w modlitwie.

 

     d) Jak się modlić?

 

     Przede wszystkim powinniśmy postanowić, ze będziemy otwarci na działanie Ducha Świętego. Taka postawa może się okazać niełatwa do osiągnięcia dla tych, którzy mieli do czynienia jedynie z modlitwą formalną, ale przecież Duch pragnie nas prowadzić. Z drugiej strony, modlitwa nie jest sprawą całkowicie spontaniczną. Dużą pomocą bywa wbudowanie w nasz czas przed Panem pewnych ściśle określonych elementów. Na przykład możemy postanowić, ze chcemy spędzić część naszego czasu na oddawaniu czci, część na czytaniu Pisma św., część zaś na modlitwie wstawienniczej.

 

     Jakiekolwiek będą nasze postanowienia, powinniśmy pozostawić pewną wystarczająco elastyczną ilość czasu dla Ducha tak, by mógł ukształtować naszą modlitwę w sposób przybliżający nas do Pana.

 

     Modlitwa nie jest po prostu sprawą trwania w cichej adoracji przed Panem. Jest to jeden, lecz nie jedyny typ modlitwy. Możemy także śpiewać, tańczyć, modlić się językami, czytać na głos psalmy, wykrzykiwać naszą chwałę, czy medytować nad fragmentem Pisma. Możemy klęczeć, pochylić się, siedzieć, stać lub leżeć twarzą ku ziemi.

 

     Kluczem do udanej modlitwy jest to, by podążać w ślad za wszystkim, co prowadzi nas ku głębszej jedności z Jezusem.

 

     W modlitwie chcemy poddać się Panu tak, abyśmy wzrastali w jego poznaniu i w miłości do Niego, a także w umiejętności słuchania Go i bycia Mu posłusznym. Choć możemy myśleć o swoich sprawach podczas modlitwy, to nie powinniśmy myśleć o nich w trakcie całego trwania naszej godziny modlitwy. Słusznym jest przedkładanie Panu naszych trosk i powinniśmy swobodnie wstawiać się za nimi i nawet w pełni rozmodlenia rozważać dobre i złe strony naszego postępowania. Jednakże musimy strzec się, by nasze wstawiennictwo nie przekształciło się w niekończącą się spekulacją na temat, jak rozwiązać rozmaite problemy.

 

    e) Pozostawcie ocenę Panu

 

     Ocenianie naszej modlitwy stanowi dla niej jeszcze jedną przeszkodę. Jedynym kryterium, jakie możemy stosować w osądzaniu naszej modlitwy powinno być kryterium wierności w systematycznym, codziennym przychodzeniu do Pana. Wielu z nas wpada w pułapkę samooceny. „To była wspaniała godzina modlitwy” - stwierdzamy, czy też: „No cóż, dzisiaj nie było tak dobrze. Nie czułem bliskości pana. Nie chciało mi się śpiewać, nie chciało mi się głosić chwały. Właściwie to wynudziłem się zdrowo”. Chcemy decydować na podstawie swoich uczuć, czy modlitwa nasza była dobra, czy zła, czy też nijaka.

 

     Powinniśmy zaprzestać oceniania naszej modlitwy. Jedynie Jezus może to zrobić. Nawet wtedy, gdy czujemy, że nasza modlitwa jest sucha jak piasek pustyni, nie należy pozwolić, by miało to na nas wpływ. Każdy chrześcijanin przezywa od czasu do czasu taka pustynię na modlitwie. Pan dopuszcza do takich sytuacji po to, byśmy mogli powiedzieć: „Jezu, to nieważne, co odczuwam, nieważne, że trwam miesiącami, nie czując zgoła nic. Kocham Cię i chcę przebywać z Tobą przez cały czas". Taka postawa przynosi Panu chwałę.

 

     Naturalnie nasza modlitwa i nasz związek z Panem nie powinny być niekończącym się pasmem pustyni. Powinniśmy być gotowi, w normalnym toku życia, na przyjęcie zarówno szczytów jak i dolin.

 

     f) „Oddychanie” Pismem Św.

 

     Równie ważne jak w przypadku modlitwy, jest wydzielenie w ciągu dnia pewnego czasu na czytanie Pisma Św. Czytamy i rozważamy Słowo Boże po to, by natchnęło nas i byśmy dali się mu prowadzić. Psalmista pisze: „W sercu moim przechowuję słowo Twoje, abym nie zgrzeszył przeciwko Tobie” (Ps 119, 11). Słowo Boże jest dla nas ochroną i źródłem mocy. Kiedy jesteśmy wystawieni na działanie pokusy i złego, kiedy stajemy w obliczu podjęcia decyzji, w każdym momencie naszego życia, powinniśmy umieć czerpać wiedzę i mądrość ze Słowa, które „przechowujemy w naszym sercu”.

 

     Jedną z najlepszych dróg zapewnienia sobie codziennego kontaktu ze Słowem Bożym jest wkomponowanie czytania Pisma w czas przeznaczony na modlitwę. Czytanie Pisma może służyć całemu wachlarzowi celów, ale w kontekście modlitwy powinniśmy dążyć przede wszystkim do przybliżenia się przez to czytanie do Pana. Jeśli będziemy tak czynili, przekonamy się, że Pismo wzbogaca naszą modlitwę na niezliczone sposoby.

 

     W trakcie czytania nasza uwaga powinna skupiać się raczej na tym, by pozwolić Duchowi Świętemu wypełnić nas miłością do Pana, nie zaś tym, by przeczytać jak najdłuższy fragment. Słowo Boże ma nas poruszyć, wywołać w nas odpowiedź. Jeśli zauważymy, że jakiś wiersz wyraźnie odcina się od pozostałych, wiodąc nas bliżej ku Panu, powinniśmy skoncentrować się właśnie na nim i to bez poczucia przymusu czytania dalej.

 

     Studiowanie Pisma pełni wielką rolę w naszym wzrastaniu duchowym. Powinniśmy przeznaczyć jakiś czas, powiedzmy godzinę w niedzielę lub większą część naszej sobotniej godziny modlitwy, na przestudiowanie poszczególnych ksiąg Pisma Świętego.

 

     Pomocnym bywa również czytanie innych książek o życiu chrześcijańskim, mogą one skierować nasz umysł i serce bardziej ku Panu. W szczególności życiorysy wielkich chrześcijan mogą mieć głęboki wpływ na nasz duchowy wzrost, inspirując nas do żarliwszego życia dla Pana.

 

     Nasz związek z Panem ma charakter poważnego zobowiązania. Jeśli go zlekceważymy, otrzymamy w konsekwencji życie słabego chrześcijanina, w większości pozbawione pokoju i ukierunkowania.

 

     Jeśli zaś będziemy go karmić modlitwą i Pismem, doświadczymy w swym życiu takiej radości, mocy i ufności, jakie można znaleźć jedynie w zjednoczeniu z Panem.

 

Bert Ghezzi

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Znaczenie modlitwy w życiu chrześcijanina

Katecheza Ojca Świętego Benedykta XVI

 

Ten, kto się modli, nigdy nie traci nadziei, nawet gdyby się znalazł w sytuacjach trudnych czy wręcz po ludzku rozpaczliwych - powiedział Benedykt XVI podczas audiencji ogólnej 13 sierpnia w Castel Gandolfo.

 

 DRODZY BRACIA I SIOSTRY!

 

Po powrocie z Bressanone, gdzie mogłem spędzić okres wypoczynku, cieszę się ze spotkania i pozdrowienia was, drodzy mieszkańcy Castel Gandolfo, i was, pielgrzymi, którzy przybyliście właśnie dzisiaj, aby mnie odwiedzić. Chciałbym jeszcze raz podziękować tym wszystkim, którzy przyjęli mnie i czuwali nad moim pobytem w górach.

 

     Były to dni pogodnego odprężenia, podczas których nieustannie przypominałem Panu o tych osobach, które zawierzają się moim modlitwom. A naprawdę bardzo dużo jest tych, którzy piszą do mnie, prosząc o modlitwę za nich. Przedstawiają mi swoje radości, ale także swe troski, swe plany życiowe, ale również problemy życiowe i zawodowe, oczekiwania i nadzieje, które noszą w swych sercach, wraz z niepokojami związanymi z niepewnością, jaką ludzkość przeżywa w obecnej chwili. Mogę zapewnić, że pamiętam o wszystkich i o każdym, szczególnie w czasie codziennej Mszy św. i przy odmawianiu Świętego Różańca. Wiem dobrze, iż pierwszą posługą, jaką mogę pełnić dla Kościoła i ludzkości, jest właśnie modlitwa, gdyż modląc się, składam w ręce Pana z ufnością swą służbę, jaką On mi powierzył, wraz z losami całej wspólnoty kościelnej i świeckiej. Ten, kto się modli, nigdy nie traci nadziei, nawet gdyby się znalazł w sytuacjach trudnych czy wręcz po ludzku rozpaczliwych. Uczy nas tego Pismo Święte i świadczą o tym dzieje Kościoła. Rzeczywiście, ileż to przykładów moglibyśmy wydobyć z tych sytuacji, w których właśnie modlitwa podtrzymywała wędrówkę świętych i ludu chrześcijańskiego! Spośród świadectw naszych czasów chciałbym przytoczyć dwoje ściętych, których wspomnienie obchodzimy w tych dniach: Teresę Benedyktę od Krzyża, Edytę Stein, której święto obchodziliśmy 9 sierpnia, i Maksymiliana Marię Kolbego, którego będziemy wspominać jutro, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Oboje zakończyli swą ziemską przygodę męczeństwem w obozie w Oświęcimiu. Pozornie ich istnienie mogłoby być uznane za przegraną, ale właśnie w ich męczeństwie jaśnieje blask tej Miłości, która zwycięża mroki egoizmu i nienawiści.

 

     Świętemu Maksymilianowi Kolbemu przypisuje się następujące słowa, które miał on wypowiedzieć w całej pełni prześladowań nazistowskich: "Nienawiść nie jest siłą twórczą: jest nią tylko miłość". I z miłości wywodziła się bohaterska próba wielkodusznej propozycji, jaką złożył on z samego siebie w zamian za swego towarzysza więźnia, której uwieńczeniem była śmierć w bunkrze głodowym 14 sierpnia 1941 r.

 

     Edyta Stein 6 sierpnia następnego roku, na trzy dni przed swym dramatycznym końcem, zwracając się do niektórych ze swych współsióstr z klasztoru w holenderskim Echt, miała powiedzieć: „Jestem gotowa na wszystko. Jezus jest także wśród nas. Dotychczas mogłam się pięknie modlić i mówiłam z całego serca: «Ave crux, spes unica»”. Świadkowie, którym udało się uciec z tej strasznej masakry, opowiadali, że Teresa Benedykta od Krzyża, gdy ubrana w habit karmelitański, kroczyła świadoma na śmierć, wyróżniała się swą postawą pełną pokoju i swym pogodnym zachowaniem oraz postępowaniem spokojnym i uwrażliwionym na potrzeby innych. Modlitwa była tajemnicą tej świętej Współpatronki Europy, która "również wtedy, gdy osiągnęła prawdę w pokoju życia kontemplacyjnego, musiała przeżyć aż do końca tajemnicę Krzyża" (list apostolski „Spes aedificandi”, w: Insegnamenti di Gkwanni Paolo II, XX, 2,1999 str. 511).

 

     „Ave Maria!”; było to ostatnie zawołanie na ustach św. Maksymiliana Marii Kolbego, gdy podawał ramię temu, który zabił go zastrzykiem z kwasem karbolowym. Ze wzruszeniem trzeba stwierdzić, jak to pełne pokory i ufności odwołanie się do Matki Bożej było zawsze źródłem odwagi i spokoju. Gdy przygotowujemy się do obchodów uroczystości Wniebowzięcia, które jest jedną z rocznic najdroższych tradycji chrześcijańskiej, ponówmy nasze zaufanie Tej, która z Nieba w każdym momencie czuwa z miłością macierzyńską nad nami. To w istocie mówimy w domowej modlitwie „Zdrowaś Mario”, prosząc Ją, aby modliła się za nami „teraz i w godzinę śmierci naszej”.

 

tłum. KAI

 

Tekst pochodzi z Tygodnika

Warszawsko-Praskiego „Idziemy”

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Alergia na modlitwę?

Dwukrotnie już jako ksiądz zostałem zawstydzony przez świeckich ich podejściem do modlitwy. Pierwszy raz, gdy mocno zmęczony tempem życia poszedłem do znajomej lekarki. Ta, bez cienia złośliwości zaordynowała mi: geriavit i różaniec. Różaniec miałem odmawiać zwłaszcza w samochodzie, gdy stoję w warszawskich korkach, spóźniając się na kolejne „bardzo ważne” spotkania. Przyznaję, że pomogło. Tym bardziej, że to ktoś świecki zaczął "księdza uczyć pacierza". Odtąd najwięcej różańców odmawiam właśnie za kółkiem. I nic nie wskazuje, aby przy obecnym tempie budowy dróg, autostrad i mostów, cokolwiek miało się w tej sprawie zmienić.

     Drugi raz podejściem do modlitwy zawstydziła mnie pewna rodzina. Jedna z tych, które lubię czasem odwiedzać. Panuje w niej bowiem taki zwyczaj, że punktualnie o 20.00, niezależnie od wszystkiego, dzieci kładzie się tam do snu. Przedtem jednak tato, mama i cała czeredka zbierają się w sypialni, by na kolanach dziękować Bogu za przeżyty dzień i prosić Go w rozmaitych, nie tylko własnych, intencjach. A skoro trafiłem na ten właśnie moment, zostałem zaproszony do rodzinnej modlitwy. I chociaż zajmuję się tym niejako zawodowo, to tym razem, zaskoczony spontanicznością i naturalnością rozmowy z Bogiem, cicho klęczałem z boku, z obawą, aby nie spłoszyć wyjątkowej atmosfery.

 

     „Rzeczpospolita” opisała szokującą historię pewnej brytyjskiej pielęgniarki, Caroline Petrie, która została ukarana za "naruszenie równości i różnorodności" pacjentów. A chodziło zwyczajnie o to, że pani Petrie, odchodząc od łóżka starego i ciężko chorego pacjenta, obiecała, że się w jego intencji pomodli. Postępowanie dyscyplinarne przeciwko pobożnej pielęgniarce wszczęto, choć pacjent nie złożył na nią skargi. Grozi jej nawet wydalenie z pracy i zakaz wykonywania zawodu, bo już sama obietnica modlitwy może ponoć komuś sprawić przykrość. Można się tylko pocieszać, że nam to jeszcze nie grozi. Jeszcze...

 

     Skąd bierze się tak schizofreniczne podejście do chrześcijańskiej modlitwy? Bo nie wyobrażam sobie, aby zaczęto ścigać muzułmanina, który by pięć razy dziennie rozkładał na ulicach Londynu swój dywanik i modlił się choćby i za samą brytyjską królową. Ani żyda, który by w jej intencji recytował psalmy. Czy modlący się chrześcijanie są bardziej niebezpieczni dla europejskiego porządku? A może mniej stanowczy w swoich praktykach?

 

     Problem z obecnością modlitwy w przestrzeni publicznej zaczyna się chyba wtedy, gdy traci ona swoją naturalność. Gdy gubi się między fałszywą dewocją i przesadną intymnością. Stosunek do modlitwy wypracowuje się w domu, skąd człowiek wynosi wzorce, które podświadomie traktuje jako punkt odniesienia na całe życie. I nie ma znaczenia, że w pierwszych latach ze słów rodzinnego pacierza dziecko niewiele rozumie, a kilkanaście lat później już w nim nie uczestniczy. Punkt odniesienia zostaje. Dlatego ważne jest, aby rodzice potrafili codziennie razem ze swymi dziećmi stawać na modlitwie przed Bogiem. Aby modlitwa od dzieciństwa kojarzyła się człowiekowi z atmosferą bezpieczeństwa i szczerości, której doświadcza, mając obok siebie tatę i mamę. Aby była czymś tak naturalnym, jak wspólny posiłek. Uzdrowienie modlitwy rodzinnej jest chyba najlepszą drogą do odważnego apostolstwa modlitwy i wyleczenia świata z pojawiającej się na nią alergii.

 

Ks. Henryk Zieliński

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Niebezpieczna modlitwa

Drogi Czytelniku! Może wydaje Ci się, że modlitwa jest dość nudnym zajęciem, typowym raczej dla starszych pań? Nic bardziej błędnego! Modlitwa jest zajęciem ze wszech miar niebezpiecznym. Dlatego siły lewactwa i postępu protestują przeciwko zwracaniu się do Boga. Oczywiście Boga chrześcijan, bo niechby spróbowali mieć jakieś pretensje do muzułmanów, że wzywają Allacha...

     Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej udzieliła ostrzeżenia reprezentacji Brazylii za to, że o zdobycie Pucharu Konfederacji piłkarze modlili się razem na płycie stadionu w Johannesburgu. Po z trudem wygranym meczu z USA (3:2) brazylijscy piłkarze razem z trenerami utworzyli krąg na środku boiska i dziękowali Bogu za zwycięstwo. Na Brazylijczyków poskarżył się sekretarz generalny duńskiej Federacji Piłki Nożnej, niejaki Hansen. Stwierdził, że tego rodzaju manifestowanie przekonań religijnych jest niedopuszczalne. Dla tego typu ludzi geje w stringach na platformie jadącej przez miasto są OK, ale publiczna modlitwa jest czymś gorszącym.

 

     Brazylijscy piłkarze - normalne, zdrowe chłopaki - nie pojmują kierowanych wobec nich zarzutów. Mówią, że w brazylijskiej drużynie wspólne odmawianie modlitwy "Ojcze nasz" lub "Zdrowaś Maryjo" to stara tradycja, która ma na celu wzmocnienie ducha ekipy. Nie widzą też nic nadzwyczajnego w tym, że pod koszulkami narodowymi mają podkoszulki z takimi napisami, jak: "Należę do Jezusa" czy "Kocham Jezusa". Nicoła Legrottaglie, piłkarz Juwentusu Turyn, który w książce "Złożyłem obietnicę" dał świadectwo swojej wierze w Chrystusa, dziwi się decyzji FIFA i pyta: "Jeżeli Modlitwa za wst. Boga jest czymś złym, to ja chcę wiedzieć, co w takim razie FIFA uważa za normalne i właściwe".

 

     Modlitwy boi się również brytyjska służba zdrowia (co stało się z tym krajem?). Personelowi medycznemu zabroniono modlenia się za pacjentów. W wytycznych służby zdrowia czytamy, że widokiem lub obietnicą modlitwy "ateiści i wyznawcy innych religii mogą czuć się nękani i zastraszeni. Personel powinien wiedzieć, że takie zachowanie może być potraktowane jako nękanie i skutkować postepowaniem dyscyplinarnym". Pretekstem do tego rodzaju restrykcji był casus pielęgniarki Caroline Petrie, która należy do Kościoła baptystów. Pielęgnując pewną ciężko chorą kobietę, Petrie powiedziała, że się pomodli o jej zdrowie. Chora pacjentka poskarżyła się władzom szpitala.

 

     Mnie się wydaje, że pacjentka była chora nie tylko na ciele. Normalny człowiek słysząc, że ktoś chce się pomodlić za jego zdrowie, uśmiecha się i mówi „dziękuję”, nawet jeśli nie podziela wiary obiecującego modlitwę. Gdyby jakiś muzułmanin powiedział mi, że się za mnie pomodli, przyjąłbym to jako wyraz jego autentycznej życzliwości. Co więcej, pomyślałbym, że Bóg słyszy nie tylko modlitwy katolików, ale wszystkich, którzy szczerze, w dobrej woli szukają Jego pomocy. W najgorszym przypadku, jeśli w jakichś okolicznościach czyjaś modlitwa wydaje się czymś niewłaściwym, można powiedzieć: Dziękuję, ale nie potrzebuję tego, proszę się za mnie nie modlić”.

 

     Inna angielska pielęgniarka, Helen Slatter, usłyszała od swego pracodawcy, że musi zdjąć krzyżyk z szyi, który zresztą nosiła pod pielęgniarskim ubraniem ochronnym, bo może być on „siedliskiem infekcji”, a nawet „potencjalną bronią”. Slatter, która w szpitalu przepracowała 15 miesięcy, nie ugięła się przed szefem chrystofobem i złożyła wymówienie. „Krzyżyk na szyi - stwierdziła Slatter - jest dla mnie bardzo ważny i zawsze go nosiłam, bo jestem chrześcijanką”.

 

     Jeśli zatem, drogi Czytelniku, chcesz iść pod prąd, być oryginalny i „kontrkulturowy”, to módl się i noś krzyżyk, znak Zbawiciela. Zbuntuj się przeciwko europejskim zgredom, którzy w 1968 r. zachwycali się komunizmem oraz towarzyszem Mao.

 

 

Dariusz Kowalczyk SJ

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Jak się modlić?

 

Wśród trzech najważniejszych dobrych uczynków chyba najwięcej kłopotów jest z modlitwą. Wielu pyta: Jak się modlić? Od kogo warto uczyć się modlitwy? Katechizm podpowiada, żeby starać się przede wszystkim zrozumieć przykład Jezusa. Z obrazu modlącego się Nauczyciela rodzi się w uczniu nie tylko pragnienie modlitwy, ale i jej umiejętność (KKK 2598-2616).

     Najpierw trzeba rozważać samą osobę Jezusa na modlitwie. Modlący się Jezus już uczy modlitwy. Zaczyna ujawniać się „modlitwa synowska”. Ona stanowi wzór. "Modlitwa Jezusa jest Jego pokornym i ufnym powierzaniem się woli Ojca." Ofiarując siebie samego, Chrystus ofiaruje Ojcu także ludzi. Jego modlitwa "niesie wszystkich". Drogą naszej modlitwy jest więc Jego Modlitwa za wst. Ojca. I tak naśladując Syna, dzieci uczą się zwracać do Ojca.

 

     Przyglądając się osobistemu przykładowi Jezusa i Jego Ewangelii, można poznać charakterystykę chrześcijańskiej, indywidualnej modlitwy. Zaczyna się ona dziękczynieniem (J 11, 41). Jest miłującym przylgnięciem do woli Ojca. "Modlitwa i oddanie się stanowią integralną całość."

 

     Stąd modlitwa chrześcijanina jest "komunią miłości" (Mt 11,25-30).

 

     Dobra modlitwa podejmowana jest z ufnością. Wypływa z wiary, która jest dziecięcym przybiegnięciem do Boga ponad tym, co czujemy i rozumiemy. Jest świadoma, uważna, bez pośpiechu; pokorna, cierpliwa i wytrwała. Towarzyszy jej szlachetna intencja, tzn. troska o współdziałanie z wolą Bożą. Potrzebna jest cisza, spokojne miejsce, przestrzeń samotności. Powinna być także wypowiadana własnymi słowami. Ale unikająca gadatliwości. Związana jest z godną postawą ciała. Ale przede wszystkim z czystym sercem. Chrześcijanin powinien być wolny od grzechu ciężkiego. Choć prośby nie są najważniejsze, Jezus zachęca jednak do „synowskiej śmiałości”. I uczy, w jaki sposób należy prosić: „przed otrzymaniem daru Jezus przylgnął do Tego, który daje. Bo Dawca jest cenniejszy niż dar, który jest udzielany jako dodatek” (Mt 6, 21. 33). Ewangelia podkreśla też warunek przebaczenia i pojednania ze wszystkimi bliźnimi (Mt5, 23-24).

 

     Czasem modlitwa towarzyszy podróży lub wykonywanym pracom. To dobra praktyka. Jednak nie może zastąpić sytuacji, w których modlitwa stanowi pierwszoplanowe i jedyne zajęcie. Wtedy dopiero Bóg jest zasadniczym przedmiotem naszego zainteresowania. To zła praktyka, gdy transmisja Mszy Świętej staje się tłem np. dla domowej krzątaniny w kuchni: słyszę słowa konsekracji i... smażę sobie placki. Jeżeli nie uczestniczysz w tej liturgii, wyłącz radio lub telewizor.

 

ks. Jan Sawicki

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Trzymać formę

 

Warto przypomnieć sobie podstawowe formy modlitwy (KKK 2623-2649). Najważniejszą formą jest uwielbienie. Polega na tym, że "człowiek bezpośrednio wyznaje, że Bóg jest Bogiem i nie ma innego". Wychwalam Go nie ze względu na to, co mi dał lub czyni, ale ze względu na Niego samego, czyli dlatego, że On jest. Takie uwielbienie jest bezinteresowne. Scala i przenika wszystkie formy modlitwy.

     Drugą formą jest dziękczynienie. W zasadzie każda sprawa i potrzeba mogą być przedmiotem dziękczynienia (1 Tes5, 18).

 

     Jednak najczęstszą formą modlitwy jest błaganie, czyli prośba. Wyraża ona świadomość zależności człowieka od Boga. Jako stworzenia "nie jesteśmy panami naszego losu"; nie ustalamy ostatecznego celu; nie do nas należy ostatnie słowo. Prośba już jest aktem uznania Boga i przejawem wiary. Pierwszą intencją ma być prośba o przebaczenie (Łk 18,13). Jeżeli rozpoczyna Mszę Świętą, to także powinna poprzedzać właściwą modlitwę osobistą. Katechizm uczy, że istnieje hierarchia w proszeniu: najpierw o nadejście Królestwa Bożego; następnie o to, co konieczne, aby je rozpoznać, przyjąć i współdziałać w Jego przyjściu (Mt 6, 33; Łk 11, 2). Chodzi o zjednoczenie z misją Kościoła. Dopiero później prośba dotyczy każdej innej troski.

 

     Szczególną formą prośby jest modlitwa wstawiennicza. Upodabnia nas do postawy Jezusa (Hbr 7, 25). On bowiem jest jedynym skutecznie wstawiającym się u Ojca za wszystkich (1 J 2, 1). Dlatego nasze wstawiennictwo uczestniczy we wstawiennictwie Chrystusa. Prosić za innych i dla innych jest modlitwą w duchu Bożego Miłosierdzia. Modlitwa wstawiennicza jest też związana ze "świętych obcowaniem". Bo przecież korzystamy także z orędownictwa świętych i błogosławionych. Modlitwa ta nie ma granic. Obejmuje intencją nawet nieprzyjaciół i tych, którzy odrzucają Ewangelię.

 

     Do form modlitwy należy dodać błogosławieństwo i adorację.

 

     Błogosławieństwo jest odpowiedzią człowieka na dary Boże. Ponieważ Bóg błogosławi, człowiek może błogosławić Tego, który jest Źródłem wszelkiego dobra.

 

     Natomiast adoracja jest właściwą postawą stworzenia wobec swojego Stwórcy. Jest "ustąpieniem miejsca" Bogu i pełnym miłości milczeniem przed Nim. Warto, aby wszyscy praktykujący adorację Najświętszego Sakramentu przestrzegali koniecznej ciszy. Nie chodzi o zapełnienie tego czasu "pakietem koronek", ale o pokorne trwanie w ciszy, bo... brakuje słów! Są zbyt ubogie dla zapatrzonych i oczarowanych obecnością Boga. Pozwól mówić Jemu. A im mniej będziesz "hałasować", tym więcej usłyszysz.

 

     Eucharystia zawiera i wyraża wszystkie wspomniane formy modlitwy. Jest "świętą Ofiarą uwielbienia".

 

ks. Jan Sawicki

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Sztuka modlitwy

 

Przypominając sobie podstawowe wiadomości o modlitwie należy podkreślić, że modlitwy trzeba się uczyć, ponieważ "w nią wchodzi się przez ciasną bramę wiary". Nie wystarczy więc wiedza i chęć. Nauka umiejętności modlitwy odbywa się przez żywy przekaz Wspólnoty i Tradycję Kościoła. Dokonuje się to także przez lekturę Pisma Święto i regularny udział w liturgii, która ma przedłużenie w modlącym się sercu.

     Modlitwa osobista podtrzymywana przez Ducha Świętego i kształtowana przez cykl roku liturgicznego ma konkretny rytm: codzienny (modlitwa poranna i wieczorna, przed i po posiłku eta), tygodniowy (niedziela - Msza Święta) i roczny (święta i uroczystości). Ważnym wsparciem w nauce modlitwy są świadkowie, szczególnie ci, których Kościół wskazuje jako świętych. Pomagają przez wzór życia, napisane teksty i aktualne orędownictwo u Boga. Z osobistego charyzmatu niektórych z nich rozwinęły się w historii Kościoła różne duchowości chrześcijańskie, np. benedyktyńska, karmelitańska i in. "Rozszczepiają one czyste i jedyne światło Ducha Świętego." Poza tym pomocy należy szukać u osób katechizujących, konsekrowanych, w grupach modlitewnych, a zwłaszcza w stałym kierownictwie duchowym.

 

     Jednakże Katechizm uczy, że to rodzina jest pierwszym miejscem chrześcijańskiego świadectwa i wychowania do modlitwy. Ma być "Kościołem domowym", w którym dzieci uczą się codziennej, wytrwałej modlitwy. Irytującym się na wymagania katechetów trzeba przypomnieć, że "nauczenie się na pamięć podstawowych modlitw jest niezbędną podstawą życia modlitwy. Ważne jest jednak, aby doprowadzić do zasmakowania w ich treści" (KKK 2688). Bo dziecko da się wyuczyć na pamięć tekstów modlitw, tak jak wierszy Tuwima czy Brzechwy, ale bez przykładu rodziców nieprędko poczuje w tym Boga.

 

     Oprócz parafialnego kościoła równie ważnym miejscem sprzyjającym modlitwie jest "domowy kącik modlitewny" (KKK 2691). Aranżacja wnętrza mówi, co jest dla domowników ważne - to, co jest na widocznym i pierwszym miejscu. Stosunek do Boga widać już w sposobie traktowania przedmiotów religijnych. A dziecko żyje w określonej domowej przestrzeni przedmiotów i znaków. To pierwsze środowisko rozwoju wiary. Zanim głębiej pozna wartości, prowadzą i chronią je znaki: krzyż, obraz Matki Bożej, Jana Pawła II, medalik, różaniec. Wielu dzieciom brak silnych związków pokrewieństwa i autorytetów osobowych, stąd potrzebne są wyraźne punkty odniesienia, jednoznaczne komunikaty. One tworzą intensywną więź. Rodzina uzyskuje wtedy duchowy wymiar i jest w łączności z Bogiem. A "rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje" (Jan Paweł II).

 

 

 

ks. Jan Sawicki

Tekst pochodzi z Tygodnika Idziemy

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP

 

W katechizmowej powtórce trzeba przypomnieć sobie o istnieniu i wartości modlitwy zwanej "godzinkami". Na szczęście, w wielu kościołach można jeszcze usłyszeć śpiew "Godzinek o Niepokalanym Poczęciu NMP". Jest to nabożeństwo ku czci Matki Bożej. Charakteryzuje się prostą budową i archaicznym stylem.

     Nic dziwnego, skoro już w XIII w. Godzinki weszły do praktyk ludowej pobożności wiernych. Jednak te, współczesne wiąże się ze św. Alfonsem Rodriguezem SJ /1531-1617/. Ich łaciński tekst zatwierdził papież Paweł V w 1615 roku. Polski przekład ukazał się w 1625 roku w Krakowie. Odtąd śpiew Godzinek rozbrzmiewał w sanktuariach i bractwach maryjnych, w chatach i na dworach a nawet w obozach wojskowych. Nazwa modlitwy pochodzi stąd, że w skróconej formie naśladuje ona godziny (części) codziennej modlitwy kapłanów (brewiarza). Godzinki składają się z siedmiu części będących luźnymi odpowiednikami części brewiarza: jutrzni, prymy, tercji, seksty, nony, nieszporów i komplety. Układ każdej części jest taki sam i obejmuje: wstępną inwokację; hymn, który niesie główną treść danej części; pasujące do hymnu wersety i odpowiedzi oraz modlitwę końcową. Na zakończenie, do komplety dołączone jest ofiarowanie Godzinek, czyli dedykowanie tej modlitwy Maryi z prośbą o Jej orędownictwo u Boga. Forma nabożeństwa wywodzi się ze średniowiecznej pobożności. Treść przedstawia Boży plan zbawienia, ale koncentruje się głównie na rozważaniu prawdy o niepokalanym poczęciu Maryi. Jest to dogmat wiary ogłoszony w 1854 roku przez Piusa IX w bulli "Ineffabilis Deus". Jednak w Godzinkach można odnaleźć wersety akcentujące też inne maryjne dogmaty: Boże macierzyństwo, dziewictwo a nawet wniebowzięcie. Korzystając z bogactwa symboli, figur i obrazów biblijnych ukazują godność i misję Maryi w historii zbawienia. Odwołują się też do szlachetnych niewiast i zdarzeń ze Starego Testamentu.

 

     Z uwagi na to bogactwo treści teologicznych wielu nazywa Godzinki „małym traktatem mariologicznym". Jednak modląc się Godzinkami trzeba mieć świadomość jedności z Chrystusem przez Maryję, bo w Nim odczytujemy pełne znaczenie treści.

 

     Warto wiedzieć, że Episkopat Polski zalecił śpiew Godzinek w niedziele przed pierwszą Mszą i w święta maryjne. Natomiast w 1979 roku decyzją Konferencji EP do znanej formy dodano nową „godzinę" o NMP Matce Kościoła.

 

     Warto pielęgnować zabytkowe modlitwy, wydawałoby się nieaktualne, aby nauczyć się wrażliwości moralnej pokolenia, które odchodzi. Urodzeni w pierwszej połowie XX w. byli bardziej wrażliwi na te natchnienia Ducha, których nowoczesne uszy nie chcą słuchać.

 

ks. Jan Sawicki

Tekst pochodzi z Tygodnika

 

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Lectio divina

 

Nie wszyscy znają określenie lectio divina, tym bardziej trzeba wyjaśnić tę zagadkę. Łaciński przymiotnik divinus można rozumieć jako 'boski, święty, pobożny'. Biblista bp Kazimierz Romaniuk tłumaczy cały termin jako "ascetyczną lekturę" Pisma Świętego i wyjaśnia teorię tej praktyki. Samą nazwę wiąże się z Orygenesem (185-253), pisarzem i teologiem.

     Nie chodzi o zwykłe czytanie ani filologiczne analizy czy teologiczne interpretacje. Lectio divina to umiejętność takiej lektury, w której słowo Boże jest czytane, rozważane i przyswajane. Ma trzy etapy: lectio (czyli przeczytanie tekstu), medytacja (dotarcie do przesłania tekstu) i kontemplacja (odpowiedź człowieka na to, co usłyszał od Boga). Pewne podobieństwa w odczytywaniu słowa Bożego można znaleźć u Maryi (Łk 2,19.51).

 

     Lectio oznacza najpierw zapamiętanie treści, usytuowanie jej w kontekście historyczno-geograficznym, aby poznać, co, komu i kiedy powiedział Bóg. Trzeba tu zwrócić uwagę na niezrozumiałe pojęcia, symbole, metafory, formę literacką. Bp Romaniuk zaleca pytania: Kto jest główną postacią? Co i dlaczego czyni? Gdzie to się dzieje? Jaki jest rezultat?

 

     Jakie znaczenie to wydarzenie lub słowa miały wówczas?

 

     Medytacja polega na teraźniejszym odczytaniu Bożego przesłania. Większość bowiem tekstów zawiera ponadczasowe pouczenia (1 Kor 10, 11). Chodzi o aktualizację natchnionego przekazu i znalezienie "wartości trwałych zawartych w tekście" (Łk 24, 27), a także podobieństw obecnych w Biblii lub historii Kościoła. Etap ten prowokuje też do rachunku sumienia. Towarzyszą mu pytania: Co dla Ciebie wynika z tego tekstu? Jakie wnioski moralne? Co postanawiasz? (Dz 2, 37). Ich realizacja jest ważnym owocem lectio divina. Należy "prawdy odkryte w tekście streścić w jednym, krótkim haśle. Wziąć je za punkt wyjścia do trzeciego etapu".

 

     Kontemplacja oznacza reakcję duszy na to, co właśnie powiedział Bóg. Teraz trzeba zapatrzeć się w treść. Jeżeli medytacja jest "czasem zasiewu", to kontemplacja jest "czasem zbiorów i duchowego żniwa". Bo słowo już dotarło do świadomości, a teraz trzeba je wchłonąć, aby nim żyć.

 

     W praktyce lectio divina powinna trwać przynajmniej 45 minut. Należy ją zawsze rozpocząć modlitwą o dary Ducha Świętego. Na początku wziąć do lektury fragmenty Ewangelii bogatsze w treści, mające fabułę. Koniecznym warunkiem jest wielokrotna lektura tekstu i zachowanie ciszy. Milczenie ułatwia pracę umysłu, pamięci i wyobraźni. Taka lektura musi odbywać się bez pośpiechu, w klimacie powagi i skupienia. Znajomość Biblii przyswojonej przez lectio divina stanowi m.in. skuteczną przeszkodę w rozprzestrzenianiu się sekt.

 

ks. Jan Sawicki

 

 

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

W szkole modlitwy JPII

W telewizji czy w gazecie nie uświadczysz obrazu modlącego się człowieka. Czy w naszym świecie jest jeszcze miejsce na codzienną modlitwę? Czy korzystamy z dziedzictwa, jakie pozostawił nam Jan Paweł II - człowiek modlitwy?

     Jednym z najczęściej powtarzanych apeli Jana Pawła II do ludzi na całym świecie była prośba o nieustawanie w modlitwie. "Nie samym chlebem żyje człowiek (Mt 4, 4) i nie samą doczesnością, i nie tylko poprzez zaspokajanie doczesnych - materialnych potrzeb, ambicji, pożądań... Módlcie się i kształtujcie poprzez modlitwę swoje życie - mówił w 1979 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej. Szczególnie Polaków prosił: "Pozostańcie wierni doświadczeniu pokoleń, które żyły na tej ziemi z Bogiem w sercu i z modlitwą na ustach. [...] Zachowujcie jak skarb największy to, co było źródłem duchowej siły naszych ojców" (Gliwice, 15 czerwca 1999).

 

     Modlitwa i wiara, tak rugowana z przestrzeni publicznej, że aż wstydliwa; skryta do tego stopnia, że przechodząc obok kościoła nie potrafimy się przeżegnać - jest jednocześnie tak oczywista, że nieraz bez oporów modlimy się na różańcu w tramwaju czy metrze. Czym jest? Co człowiekowi daje i jak można się jej nauczyć? Mówią o niej zastępy świętych, którzy zasmakowali w modlitwie oraz literatura tak bogata, że można by zapełnić wielkie biblioteki. Jednak - jak mówił św. Pio - książki są tylko poszukiwaniem Boga, a odnajdujemy Go w modlitwie. Dlatego modlitwy nic nie zastąpi. Jest niezbędna ludziom wierzącym do życia jak powietrze, bo - jak mówił z kolei ks. Jan Twardowski - jeśli ktoś się modli, Pan Bóg w nim oddycha.

 

     Mistrzów modlitwy nie brakuje, a największym ze współczesnych śmiało można nazwać bł. Jana Pawła II. Stal się nim przez swoje przywiązanie do tradycyjnej modlitwy Kościoła, przylgnięcie do Ducha Świętego oraz zagłębienie się w kontemplację i mistykę św. Jana od Krzyża.

 

     WYCHOWANY W MODLITWIE

 

     "Karol delikatnie zamknął drzwi domu i zbiegł na dół. Od razu poszedł do kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Czuł się związany z tym miejscem. Często zaglądał tu w drodze do szkoły. Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko* - cicho wyszeptał i poszedł na lekcje [...]

 

     *****

 

     Było zupełnie ciemno. Kapitan klęczał pochylony. Ręce oparł na łóżku.

 

     - Tato, dlaczego tak długo klęczysz w nocy? - zapytał. [...] - A wiec i ty nie możesz spać?

 

     - Budzę się czasem...

 

     - No, wiesz, modlę się za ciebie, za mamę... - był jakby onieśmielony.

 

     - A jak?

 

     - Powtarzam powoli Zdrowaś Mario, Ojcze nasz, polecam cię Aniołowi Stróżowi. Tylko tyle mógł powiedzieć. [...]

 

     - Wiesz co. Jak skończysz szkołę i będziesz miał więcej czasu, wybierzemy się do Kalwarii. Dawno tam nie byłem, a i tobie się należy. Poza tym jesteś już duży, nie zmęczysz się na dróżkach."

 

     W taki literacki sposób Paweł Zuchniewicz przedstawia w książce "Młode lata papieża" modlitwę dziewięcioletniego Lolka i jego ojca. Zanosili ją, tak jak wszystkie inne swoje radości, smutki i nadzieje, w ręce miłosiernego Boga i Matki Bożej. Tak robili i uczyli Lolka od najmłodszych lat jego rodzice i brat Edmund. Nie tylko modlili się; korzystali też z możliwości uczestnictwa we Mszy Świętej, sakramentach, adoracji - jak ówcześnie mówiono - Sanc-tissimum. Zabierali też Karola do Kalwarii Zebrzydowskiej - jak wiele lat później mówił: rezerwuaru wiary, nadziei i miłości - by kroczyć po kalwaryjskich dróżkach. Modlitwa dla całej czwórki Wojtyłów była czymś oczywistym, jak rozmowa z najlepszym przyjacielem, jak nieodzowny element codziennego życia w Wadowicach.

 

     Była też dla przyszłego Jana Pawła II pierwszą, najważniejszą szkołą modlenia się. Tu też, w klasztorze na Górce, przyjął "z powodu tej miłości, której doświadczał od Matki niebieskiej" szka-plerz Dziewicy z Karmelu. Ten szkaplerz, który stanowił jego - jak mówił - "styl chrześcijańskiego, utkanego z modlitwy życia wewnętrznego", nosił Jan Paweł II do ostatniego dnia życia. Nieraz zdarzało mi się budzić w nocy i wtedy zastawałem mojego Ojca na kolanach, tak jak na kolanach widywałem go zawsze w kościele parafialnym Jan PawełII, "Dar i Tajemnica"

 

     DO DUCHA ŚWIĘTEGO

 

     Pozornie błahe wydarzenie okazało się jednym z przełomowych w życiu przyszłego papieża. "W wieku dziesięciu, dwunastu lat byłem ministrantem, ale muszę wyznać, że niezbyt gorliwym. Mój ojciec, spostrzegłszy moje niezdyscyplinowanie, powiedział pewnego dnia: ťNie jesteś dobrym ministrantem. Nie modlisz się dość do Ducha Świętego*. I pokazał mi jakąś modlitwę - wspominał papież w rozmowie z Andre Frossardem "Nie lękajcie się". Była feo modlitwa ze zwykłej książeczki do nabożeństwa, którą ojciec włożył synowi do ręki. "Powiedział mi, abym tę modlitwę codziennie odmawiał. Tak też staram się robić do dziś [...] Była to ważna lekcja duchowa, trwalsza i silniejsza niż wszystkie, jakie mogłem wyciągnąć w następstwie lektur czy nauczania, które odebrałem. Z jakim on przekonaniem do mnie mówił! Jeszcze dziś słyszę jego głos. Rezultatem tej lekcji z dzieciństwa jest moja encyklika o Duchu Świętym." Tę też modlitwę polecił młodzieży na spotkaniu przy kościele św. Anny w Warszawie w 1979 roku. Powiedział wtedy: "Przyjmijcie ode mnie tę modlitwę, której nauczył mnie mój ojciec i pozostańcie jej wierni. Będziecie wówczas trwać w wieczerniku Kościoła, związani z najgłębszym nurtem jego dziejów".

 

Modlitwa Jana Pawła II

do Ducha Świętego,

którą polecił mu ojciec

 

Duchu Święty, proszę Cię

o dar mądrości do lepszego

poznawania Ciebie i Twoich

doskonałości Bożych,

o dar rozumu do lepszego zrozumienia

ducha tajemnic wiary świętej,

o dar umiejętności, abym w życiu

kierował się zasadami tejże wiary,

o dar rady, abym we wszystkim

u Ciebie szukał rady i u Ciebie ją

zawsze znajdował,

o dar męstwa, aby żadna bojaźń ani

względy ziemskie nie mogły mnie od

Ciebie oderwać,

o dar pobożności, abym zawsze służył

Twojemu Majestatowi z synowską

miłością,

o dar bojaźni Bożej, aby żadna bojaźń

ani względy ziemskie nie mogły mnie

od Ciebie oderwać.

 

 

     Wierność tej modlitwie przyniosła życiu Wojtyły, a co za tym idzie - całemu Kościołowi - kapitalne skutki. Dlatego w rozmowie z Frossardem przypominał: "Gdy nie umiemy modlić się tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8, 26). [...] W ostatecznej instancji to zawsze Duch Święty tłumaczy naszą modlitwę - która nas przewyższa".

 

     W SZKOLE JANA TYRANOWSK1EGO

 

     Na głębię modlitwy Karol Wojtyła wypłynął, gdy mając 20 lat, jako student krakowskiej Alma Mater, spotkał Jana Tyranowskiego. Była to postać niezwykła: mistyk i asceta, urzędnik, który postanowił być zwykłym krawcem, aby w ciszy i spokoju swojego warsztatu mieć czas na modlitwę. On to skierował przyszłego papieża na trop wielkiej mistyki hiszpańskiej.

 

     Kierownik duchowy Tyranowskiego, salezjanin o. Aleksander Drozd, wspominał: "Miałem niemały szkopuł z prowadzeniem takiego alpinisty duchowego; on wspinał się na takie ścieżki i szczyty, których moja stopa nie dotknęła. Była to dusza apostolska". Nic dziwnego, że - zaproszony w lutym 1940 przez salezjanów do pracy z młodzieżą - wybierał sobie do prowadzenia na duchowe szczyty jednostki szczególnie duchowo zdatne.

 

     I nic też dziwnego, że szybko zwrócił uwagę na Wojtyłę, któremu zaproponował na początku wcale nie wyszukane formy kontemplacji, ale... wstąpienie do koła Żywego Różańca. Potem - jak pisze Ela Konderak ("List" 10/2005) - krawiec otwierał przed młodym kandydatem na aktora światy, których ten może nawet nie przeczuwał.

 

     "Od tej pory intensywne życie wewnętrzne, życie modlitwy, formacja duchowa przyszłego papieża w dużej mierze były inspirowane i reflektowane perspektywą doświadczeń i interpretacji św. Jana od Krzyża" - pisze w książce "Jan Paweł - filozof i mistyk" s. prof. Zofia Zdybicka.

 

     "Od niego nauczyłem się m.in. elementarnych metod pracy nad sobą, które wyprzedziły to, co potem znalazłem w seminarium. Tyranowski, który sam kształtował się na dziełach świętego Jana od Krzyża i świętej Teresy od Jezusa, wprowadził mnie po raz pierwszy w te niezwykłe, jak na mój ówczesny wiek, lektury" - wspominał Jan Paweł II w książce "Dar i tajemnica".

 

     - Jeśli mówimy o Janie Pawle II jako o mistyku, człowieku, który modlił się cały czas, to on tego nauczył się u św. Jana od Krzyża. Ten święty dla Jana Pawła II nie był kimś z dawnych epok, ale kimś na dzisiejsze czasy. Droga Jana od Krzyża uczyniła go duchowym atletą. Tego się nauczył od Tyranowskiego - mówi Paweł Zuchniewicz.

 

     - Jak dotychczas nie mamy żadnych ujawnionych - jak u św. Jana od Krzyża, św. Faustyny czy św. Tereski z Lisieux - dzienniczków duszy Jana Pawła II opisujących jego zjednoczenie mistyczne z Bogiem. Jednak w każdym środowisku i każdej sytuacji umiał się wyłączyć z otoczenia i trwać sam na sam z Bogiem. To była modlitwa nie ustna, ale wewnętrzna, mistyczna. To najwyższa forma modlitwy, jaką chrześcijanin może osiągnąć w swoim doczesnym życiu, do której powinien dążyć, ale z różnych przyczyn jej nie praktykuje. Nie znaczy to jednak, że nie możemy papieża naśladować, przejść podobną do niego drogą. Zwłaszcza, że tę mistyczną modlitwę papieża widzieliśmy na własne oczy - mówi ks. prof. Stanisław Urbański, twórca polskiej szkoły duchowości i kierownik Sekcji Teologii Duchowości UKSW. To droga od prostych modlitw słownych - mówi ks. prof. Urbański - będąca najniższym, ale bardzo ważnym stopniem życia modlitewnego, którego nie możemy nigdy wyeliminować. Tak zaczynali nawet najwięksi mistycy. Natomiast z biegiem czasu ta ustna modlitwa powinna się rozwijać w modlitwę wewnętrzną, modlitwę skupienia, zaangażowania, oddania Bogu swojego życia i kontemplacji Boga. - Od nas samych zależy, na jakim poziomie życia modlitewnego się zatrzymamy. Czy staniemy się duchowymi atletami, jak to obserwowaliśmy u Jana Pawła II, czy pozostaniemy w tym względzie chuchrami.

 

     TRUDNE PYTANIA

 

     Lepiej, niż o modlitwie mówić czy pisać, po prostu się modlić. Tym niemniej faktem pozostaje, że współcześnie mamy z modlitwą problem. Powszechnie uważamy, że do świętości wystarczą praktyki pobożnościowe i modlitwa ustna. Przeciętnemu katolikowi bardzo trudno zrozumieć, że przez ćwiczenie modlitwy dochodzi się do przestawienia jej z formy zewnętrznej na pragnienie wewnętrzne, głód Boga.

 

     Czym jest modlitwa? - To więcej, niż mówienie do Boga i więcej, niż rozmowa z Nim. To spotkanie z Bogiem, osobiste doświadczenie Go. To łaska. Bóg wychodzi do człowieka pierwszy. Człowiek tylko odpowiada na dar przez oddanie Mu swojego serca, skupienia, wewnętrznego przebywania z Bogiem sam na sam. To najlepsza odpowiedź - tłumaczy ks. prof. Urbański.

 

     Od czego zacząć? Prawdziwa modlitwa zaczyna się od pragnienia, a nie umiejętności. Dlatego uczniowie Jezusa prosili: "Naucz nas się modlić!".

 

     - Każdy ma miarę pragnień, którą sam wyznacza. Relacja z Bogiem, jak każda relacja, wymaga zaangażowania - mówi ks. Maciej Czapliński, wychowawca kleryków w Domu Formacji Propedeutycznej Warszawskiego Seminarium Duchownego w Urlach.

 

     - Jeśli nie wyrobimy w sobie pragnienia modlitwy i nie poprzemy tego codzienną, systematyczną praktyką, nie będziemy robić postępów w życiu duchowym. Nie ma innej drogi - podkreśla ks. prof. Urbański.

 

     - Często przychodzimy do Boga, by załatwić swoje sprawy. Prosimy o łaski, o interwencje w potrzebach naszych lub innych osób. Jednocześnie zapominamy o modlitwie najważniejszej, od której powinniśmy zawsze zaczynać: o wielbieniu Boga, bo dzięki Niemu jesteśmy; On kocha nas i jest wszechmocny jednocześnie, a więc możemy mieć pewność, że się o nas troszczy - mówi ks. prof. Urbański. Zwraca uwagę, że właściwy tematycznie porządek modlitwy ustnej to: uwielbienie, dziękczynienie, przebłaganie i na koniec prośby.

 

     Co jednak, kiedy człowiek zamiast Himalajów życia modlitewnego pragnie tylko wyprosić sobie dobrze zdany egzamin w szkole? - To zderzenie dwóch światów, między którymi nie ma styku. Jeśli ktoś modlitwy głębszej nie szuka, nie pragnie i nie potrzebuje, to i nie znajdzie - nie pozostawia złudzeń ks. prof. Urbański. Dlatego Tyranowski wyłapywał tych, u których widział pragnienie, odkrywał ich "dusze kontemplacyjne". Na kierownictwo duchowe "letnich" szkoda było mu czasu.

 

     Czego potrzeba do dobrej modlitwy? - "Tracenia" czasu z Bogiem. Dziś każde nasze działanie musi być użyteczne, przynieść wymierny efekt, więc - patrząc po ludzku - modlitwa jest bezproduktywna. Tymczasem czas spędzony na modlitwie już jest uczeniem się jej. Trzeba też odnaleźć swoją własną przestrzeń, miejsce osobne, w ciszy, i codziennie tam przychodzić. Trzeba znaleźć, jak Mojżesz, swoja górę Tabor, pustelnię - tłumaczy ks. Czapliński.

 

     To, czy rzeczywiście poświęcimy na modlitwę czas, w rzeczywistości zależy od naszych pragnień i hierarchii wartości. Biskup Paryża kard. Jean-Marie Lustiger, zapytany kiedyś, czy przy tylu obowiązkach ma czas na modlitwę, odpowiedział: "Nie, nie mam. Dlatego go sobie po prostu biorę".

 

     - Aby dobrze się modlić, trzeba poznać siebie po to, by przy swoich różnych skłonnościach dobrać do siebie sposób modlitwy i zapanować nad sobą. Najtrudniej jest nam opanować wyobraźnię, koncentrować się na Bogu. Ale nie ma innej drogi. Jeśli się tego nie nauczymy, pozostaniemy w "przedszkolu" modlitwy, na samych tylko wypowiadanych słowach - mówi bez ogródek ks. prof. Urbański.

 

     W końcu, aby się dobrze modlić potrzeba ewangelizacji, coraz większego poznania Boga, Jego słowa. Jeśli Go nie znamy, że jest miłością, że na nas czeka, że "stoi u drzwi i kołacze" (Ap 3, 20), jak mamy mieć pragnienie, by się z Nim jednoczyć, a co za tym idzie - modlić? Stąd tak ważna w Kościele jest ewangelizacja i katechizacja.

 

     Jak się modlić? - Nie ma uniwersalnej dla każdego metody czy schematu modlitwy. Każdy musi wypracować sobie swoją metodę - dostosować dobrą dla siebie porę modlitwy, jej długość, miejsce, warunki itd. - lub wejść w sprawdzone już szkoły modlitwy: jezuicką, benedyktyńską, salezjańską, franciszkańską itd. Wszystkie są bardzo dobre, ale warto szukać dobrej dla siebie, dopasowanej do nas i naszych możliwości, interesować się, jeździć na rekolekcje, np. ignacjańskie. Cel zawsze jest jeden - przejść drogę od modlitwy zewnętrznej, skoncentrowanej na nas, do wewnętrznej, skoncentrowanej na Bogu - tłumaczy ks. prof. Urbański. - Ostatecznie najważniejsze jest nasze pragnienie bycia z Bogiem. To ono - poparte rozpoczętą już od najmłodszych lat wierną praktyką - wynosiło Jana Pawła II na głębię modlitwy. Nie ma co wyciągać na siłę kwiatka ku górze. Musi sam stopniowo wybić się, urosnąć. Innej drogi do nauczenia się modlitwy nie ma - dodaje.

 

     W tym, by wybrać dobry dla siebie sposób osobistej modlitwy, i w całym procesie dojrzewania do niej niezwykle pożyteczną rolę może odegrać kierownik duchowy - ktoś, kto będzie obiektywizował nasze przeżywanie modlitwy, pomoże rozeznać momenty naszej przemiany, a co za tym idzie - zmiany naszej modlitwy.

 

     Czego się wystrzegać? Z jednej strony minimalizmu w modlitwie, a z drugiej pragnienia duchowych fajerwerków.

 

     - Często zamiast zagłębiać się w miłości Boga oczekujemy od Niego wizji, przepowiedni, podania nam na tacy gotowych rozwiązań w konkretnych życiowych sprawach. To nie jest istota modlitwy i nie ma wiele wspólnego z mozolnie, co dzień budowanym życiem duchowym. Tak samo z szukaniem miejsc cudownych, zjawisk czy objawień nadzwyczajnych. Często taka pobożność to w rzeczywistości próżność. Chrystus mówi: "gdy chcesz się modlić, wejdź do swojej izdebki, zamknij za sobą drzwi i módl się do Ojca, który jest w ukryciu" (Mt 6, 5-6) - przekonuje ks. prof. Urbański. Także Jan Paweł II do codziennej modlitwy miał swoją prywatną kaplicę.

 

     KRÓTKO, ALE CAŁY CZAS

 

     Stawanie się atletą duchowym na wzór bł. Jana Pawła II czy innych świętych wbrew pozorom jest w zasięgu każdego. Więcej nawet - każdy jest do tego powołany. Dowodem, że można, są wykpiwani czasem emeryci spędzający długie godziny w kościelnych ławkach. - Młodzi się z nich śmieją, że dewoci, bo nie są na tym poziomie modlitwy, co oni. Ci ludzie często już nie gonią za niczym dla siebie, nabrali mądrości życiowej, nie przychodzą do Boga jak do punktu usługowego, ale są w kościele dla samego Boga. Nieraz w modlitwie serca osiągają prawdziwe mistrzostwo - docenia ich ks. prof. Urbański.

 

     Ludzie starsi są też często dla żyjącego w ciągłym pośpiechu młodszego pokolenia świadectwem życia z Bogiem, jakie zatarło się w skutek współczesnego zlaicyzowania społeczeństwa. - Zagubiliśmy umiejętność prostej modlitwy w momentach naszych codziennych zajęć; zgubiliśmy wspaniałą polską tradycję aktów strzelistych. Tak właśnie, w czasie wykonywania swojej krawieckiej pracy, modlił się Jan Tyranowski, i tej permanentnej modlitwy nauczył przyszłego Jana Pawła II. Dziś odseparowaliśmy Boga od niezwiązanych ściśle z Nim aktywności, jakby w naszym życiu pojawiał się na czas modlitwy, a potem znikał. Dlatego nie chcemy dźwięku dzwonów, krzyży przy drogach itd. - ubolewa ks. prof. Urbański. Na szczęście wzory takiej nieustannej modlitwy mamy jeszcze w pokoleniu czasów Karola Wojtyły. - Pamiętajmy, że ora et labora to nie "módl się lub pracuj", ale "i pracuj".

 

     Czas na modlitwę jest przez całe życie. Dlatego nasze matki i babcie śpiewały: „Kiedy ranne wstają zorze...” - obudziły się, by Boga chwalić. Tak też modlitwą żył i z modlitwą umierał bł. Jan Paweł II. "Każde ludzkie zadanie, aby osiągnęło swój cel, musi znaleźć oparcie w modlitwie" - mówił. Uczmy się więc w jego szkole modlitwy - nie tylko z okazji Dnia Papieskiego.

 

 

Radek Molenda

Tekst pochodzi z Tygodnika Idziemy

 

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Znaczenie Modlitwy Pańskiej "Ojcze Nasz"

W ramach wspólnego powtórzenia katechizmowej wiedzy warto przypomnieć sobie genezę i znaczenie Modlitwy Pańskiej.

 

Od dzieciństwa doskonale ją znamy jako "Ojcze nasz". Ale raczej nie bardzo uświadamiamy sobie i doceniamy doniosłe znaczenie jej wezwań błagalnych.

 

     Źródłem tej modlitwy są biblijne teksty: Mt 6, 7-15 i Łk 11,1-4. Jest ona podstawą wszystkich modlitw. Jezus podaje siedem próśb, które wskazują hierarchię wartości. Uczy, od czego zacząć, jak prosić i o co warto się modlić. Przy okazji wymienia główne warunki dobrej modlitwy: unikanie gadatliwości, przebaczenie bliźnim, docenienie wspólnoty, rezygnację z własnej woli.

 

     Jednak Jezus nie tylko uczy tekstu i formy nowej modlitwy. Przede wszystkim objawia, kim jest Bóg. I zachęca do przyjęcia właściwej postawy wobec Ojca w niebie. Modlitwa "Ojcze nasz" nie jest więc modlitwą łatwą. Jest to "głębokie wejście w doświadczenie Syna, który składa całkowity dar z siebie" (por. Mt 26, 39. 42). Historia liturgii podaje, że w pierwszych wiekach Modlitwa Pańska była objęta zasadą milczenia (disciplina arcani). Chrześcijanie nie przekazywali jej nikomu spoza swego grona. Bo "jak może mówić do Boga »Ojcze« ktoś, kto nie zjednoczył się z Jego Synem?". Chodzi o to, że w tej modlitwie wyznajemy godność dziecięctwa Bożego, którą otrzymaliśmy przez chrzest, a którą przypomina i ożywia Komunia Święta. Jak widać, niełatwo modlić się tak, jak wymaga Jezus - w Jego Duchu. Niemniej pomnaża On naszą wiarę i posyła nam swego Ducha (Rz 8, 26).

 

     Każdy, kto pragnie w pełni uczestniczyć w Eucharystii, czyli przyjąć Ciało Chrystusa, musi się do tego przygotować. We Mszy Świętej właśnie Modlitwa Pańska rozpoczyna bezpośrednie i ostatnie przygotowania do spotkania z Bogiem w Jego sakramentalnej obecności. W liturgii była obecna co najmniej od IV w., jednak formalnie znalazła się tam na przełomie VI i VII w. dzięki papieżowi św. Grzegorzowi Wielkiemu (540-604). Rozpoczyna ona tzw. obrzędy Komunii Świętej.

 

    Modlitwa Pańska definiuje moralną postawę, z jaką wolno przyjmować Ciało Chrystusa. Niezwykle ważny jest zewnętrzny wyraz tej modlitwy. Ma on wartość ewangelizacyjną. Uczniowie uważnie obserwowali modlitwę Jezusa. Byli z Nim na co dzień. Podobnie jest dzisiaj: przyglądają się nam domownicy, z którymi dzielimy chleb powszedni, ale nie dzielimy Chleba Eucharystycznego. Nie słuchają tego, co mówimy - ale patrzą, co czynimy. Z bliskości i obserwacji rodzi się wpływ niewerbalny. Dlatego nie mów, co trzeba zrobić - pokaż, że już to robisz. Taki jest zobowiązujący sens poszczególnych wezwań modlitwy "Ojcze nasz".

 

 

ks. Jan Sawicki

Tekst pochodzi z Tygodnika Idziemy

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Kiedy mamy się modlić

Tłumaczenie, że modlę się całym swoim życiem, pracą i wszystkim, co robię, może łatwo doprowadzić do oszukiwania samego siebie i do faktycznego zaniku modlitwy.

     Pytanie o to, kiedy mamy się modlić, może dotyczyć trudności wygospodarowania stosownego czasu w sytuacji przeciążenia obowiązkami. Odnosi się ono także do wyboru pory dnia, która najbardziej odpowiada naszym indywidualnym predyspozycjom. Pytanie to odnosi się również do ilości czasu przeznaczanego na modlitwę. Chodzi także o określone sytuacje, okoliczności, kiedy modlitwa wydaje się mniej lub bardziej potrzebna.

 

     Wdrożenie w pewien podstawowy rytm modlitwy jest zasadniczym elementem formacji chrześcijańskiej. Od dziecka rodzice i inne osoby odpowiedzialne za przekaz wiary uczą słów najważniejszych modlitw, wskazując równocześnie, że modlitwa powinna wyznaczać początek i koniec każdego dnia. Praktyka modlitwy przed i po posiłku uczy zwracania się do Boga, którego uznajemy za Dawcę wszelkiego dobra, Dawcę życia i tego, co do życia potrzebne, za Dawcę sił do pracy. Dzięki tej prostej modlitwie zapraszamy Boga do naszych ludzkich spotkań, których stół jest symbolem.

 

     Przykazania Boże, ani kościelne nie regulują częstotliwości, ilości i długości modlitw, ale zdrowy zmysł wiary podpowiada nam, że chodzi o rzecz bardzo ważną dla naszego życia chrześcijańskiego.

 

     Czas na modlitwę

 

     Jeśli pytanie o czas na modlitwę postawimy Jezusowi to możemy usłyszeć bardzo radykalną odpowiedź. Za pomocą przypowieści Jezus mówi uczniom, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać (Łk 18, 1).

 

     Taka odpowiedź wydaje się nie tylko szokująca, ale także nierealistyczna. Wszak nawet członkowie zakonów klauzurowych, którzy poświęcają modlitwie bardzo dużo czasu, nie modlą się bez przerwy. Muszą przecież spać, jeść, pracować. Z pewnością jednak Jezusowi nie chodzi o nieustanne odmawianie modlitw. Modlitwa to nie tylko określona czynność religijna, wypowiadane słowa, medytacja, adoracja, ale przede wszystkim duchowa łączność z Bogiem, żywa więź stale z Nim utrzymywana. Tradycja wschodnich chrześcijaństwa zwraca uwagę na tak zwaną "modlitwę Jezusową", w której proste wezwanie "Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem" powtarzane wielokrotnie, staje się jakby duchowym, modlitewnym oddechem wierzącego. Postawa życia w Bożej obecności i odnoszenia wszystkiego co czynię do Boga, znajduje wyraz w zachęcie św. Pawła Apostoła: Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie (1 Kor 10, 31). Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana (Koi 3, 23). Zanikający niestety zwyczaj śpiewania Godzinek podczas porannego obrządku w gospodarstwie, Koronka do Bożego Miłosierdzia czy modlitwa różańcowa w drodze do pracy, pomagają nam przeżywać Bożą obecność w naszej zagonionej codzienności.

 

     Modlitwa powinna wyznaczać nie tylko rytm życia codziennego. Także nasze świętowanie i przeżywanie odpoczynku naznaczone jest modlitwą. Dla wierzących najważniejszą forma modlitwy powinna być niedzielna Msza św. przeżywana we wspólnocie. W ten sposób odpoczynek staje się powrotem do więzi z Bogiem i jej pogłębieniem. Przez zwrócenie się ku Bogu mogą odnawiać się także nasze międzyludzkie relacje, przez ćo, jak nauczał Jana Paweł II w liście o świętowaniu niedzieli, "dzień Pański" staje się także "dniem człowieka".

 

     Również najważniejsze momenty życia, od narodzin do śmierci powinny być naznaczone modlitwą nie tylko osobistą, ale i wspólnotową. Rytm tej modlitwy wyznaczają sakramenty święte, ale nie tylko. Świętowanie imienin, urodzin, rocznic, szczególnych osiągnięć czy innych jeszcze okoliczności może i powinno skłaniać nas do szczególnej modlitwy.

 

     Wyłącznie dla Boga

 

     Jednak ogólna intencja przeżywania swego życia w ukierunkowaniu na Boga oraz tłumaczenie, że modlę się całym swoim życiem, pracą i wszystkim, co robię, może łatwo doprowadzić do oszukiwania samego siebie i do faktycznego zaniku modlitwy. Modlitwa poprzez pracę i wszystkie czynności jest możliwa, ale zależy od stopnia naszego zjednoczenia z Bogiem. To nie Bóg, lecz człowiek potrzebuje oddania Bogu pewnych przestrzeni czasu; potrzebuje oderwania się od pochłaniających go spraw, aby być ze swoim Stwórcą.

 

     Przykład takiej postawy znajdujemy u Jezusa. Jako jednorodzony Syn Boży pozostawał On najdoskonalej zjednoczony z Ojcem w Duchu Świętym i żadne czynności nie mogły tego zjednoczenia zakłócać. A jednak, jak zaświadcza św. Łukasz, Jezus usuwał się na miejsca pustynne i modlił się (Łk 5, 16). W swojej ludzkiej naturze potrzebował momentów bycia sam na sam z Ojcem. Z pewnością to nie przypadek, że wszystkie najważniejsze momenty ziemskiego życia Jezusa związane są z chwilami Jego osobistej, intensywnej modlitwy. Napełnienie Duchem Świętym po chrzcie w Jordanie, przemiennie na górze Tabor, wejście w misterium Męki i wiele innych. W ten sposób Jezus uczy i nas zdrowego dystansu do pokusy aktywizmu. Przypomina nam, że nasze liczne i wielorakie zaangażowania muszą mieć swoje źródło w stale podtrzymywanej więzi z Ojcem, aby nie stały się przysłowiową "pogonią za wiatrem". To właśnie momenty intensywnej modlitwy, podejmowanej w rożnych momentach dnia, porządkują naszą aktywność i nadają jej wartość. Dają nam możliwość zweryfikowania naszej duchowej pozycji, jak spojrzenie na GPS, aby się nie zagubić w podejmowanych decyzjach.

 

     Problemy z czasem na modlitwę ściśle wiążą się z oceną jej znaczenia w naszym życiu. Z pewnością bowiem znajdujemy czas na to, co uznajemy za naprawdę istotne. Jeśli więc trudno nam wygospodarować czas na modlitwę, to znaczy, że Bóg i nasza z Nim relacja schodzą na margines i faktyczne przestają się dla nas liczyć. Możemy nawet teoretyczne twierdzić, że Bóg jest dla nas bardzo ważny, czy nawet najważniejszy, ale praktyczne zbywanie Go bliżej nieokreślonym westchnieniem, niedbałym znakiem krzyża przed snem, lub "odklepanym" dla spełnienia religijnego obowiązku pacierzem, będzie pokazywało coś przeciwnego.

 

     Aby tego uniknąć trzeba przeznaczyć na modlitwę "najlepszy czas". Chodzi przy tym o czas najbardziej wartościowy i odpowiedni dla każdego indywidualnie. Musi on uwzględniać osobiste predyspozycje, uwarunkowania życia rodzinnego i zawodowego. Jednemu bowiem odpowiada głęboka cisza nocy, a inny może łatwiej się skupić na modlitwie wczesnym rankiem, przed rozpoczęciem innych obowiązków. Czas najlepszy to z pewnością nie jakieś resztki, "ochłapy" dnia, pozostające ewentualnie po wszystkich innych zajęciach. Pomimo presji obowiązków czy "ciekawych" programów telewizyjnych, konieczne jest przeciwstawienie się pokusie odkładania modlitwy na koniec dnia na zasadzie: "jak jeszcze mi zostanie parę chwil i będę miał siłę, to się pomodlę". Określenie takiego "najlepszego", możliwie stałego czasu na modlitwę jest bardzo pomocne w życiu duchowym.

 

     Na życiowych "zakrętach"

 

     Znane przysłowie mówi: "Jak trwoga, to do Boga". Wyraża ono bardzo rozpowszechnioną postawę zwracania się do Boga w sytuacjach zagrożenia, trudności, przeciwności. Często negatywnie oceniamy taką postawę, ponieważ może ona wyrażać traktowanie Boga jako: "pogotowia ratunkowego", o którym przypominamy sobie tylko w sytuacjach kryzysowych. Może się ona wiązać z magicznym traktowaniem samej modlitwy, gdy osiągnięcie pewnego skutku przypisujemy podejmowanym czynnościom. Na przykład: "odmówię różaniec i przestanie mnie boleć głowa", lub "zamówię Mszę św., żeby udała się operacja". W zamian za wykonanie określonych praktyk modlitewnych oczekuję, że Bóg będzie dla mnie przychylny, a podejmowane decyzje przyniosą dobre skutki. Takie podejście do modlitwy zdradzałoby mentalność pogańską i świadczyłoby o zafałszowanym obrazie Boga w sercu i umyśle człowieka.

 

     Jednak czas ważnych życiowych decyzji, ważnych wydarzeń jest z pewnością właściwym czasem na modlitwę. Jezus daje nam przykład modlitwy w kluczowych momentach swego ziemskiego życia, ucząc nas zawierzenia Bogu i wypełniania Jego woli. Ewangelia ukazuje Jezusa modlącego się u progu swojej publicznej działalności, po chrzcie w Jordanie: Kiedy; cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego (Lk 3, 21-22). Następnie Jezus spędza całą noc na modlitwie do Boga przed ustanowieniem dwunastu apostołów (Lk 6, 12). W Ogrójcu modli się o ostateczne wypełnienie woli Ojca ogarnięty trwogą bliskiej męki i śmierci: / odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty (Mt 26, 39). Autentyczne doświadczenie naszej słabości i zależności od Boga powinno sprzyjać autentycznej modlitwie. Wyraża ona wiarę w Boga, do którego zwracamy się z ufnością, jako do Tego, który troszczy się o nas i na którego zawsze możemy liczyć. Oczekujemy od Niego pomocy, nie dyktując mu gotowych rozwiązań według naszych pomysłów, lecz ufając Jego mądrości. Jezus zachęca nas byśmy ufnie prosili: Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj (Mt 6,11), lecz na pierwszym miejscu stawiali Jego Królestwo (Mt 6,10; 6,33: Starajcie się naprzód 0 królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane).

 

     Szczególną okolicznością mobilizującą nas do modlitwy jest doświadczenie zła i działania Złego. Jezus doskonale zna przebiegłość złego ducha i złośliwość, z jaką usiłuje on szkodzić ludziom. Po chrzcie w Jordanie Jezus, pełen Ducha Świętego, zmagał się z Szatanem na pustyni i zwyciężył go, także w naszym imieniu. Wiedząc, że o własnych siłach nie potrafimy przeciwstawić się skutecznie złemu, poucza nas, abyśmy przez modlitwę przyjmowali moc Bożą do walki ze złym duchem. Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz... nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego! (Mt 6, 8.13). Apostołów, powołanych i wyposażonych do walki ze złym duchem poucza o konieczności modlitwy w obliczu walki duchowej: Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem (Mt 17, 21). Dla nas jest to bardzo ważna wskazówka. Żarliwa modlitwa staje się bezwzględną koniecznością w sytuacji zmagania się z pokusą czy też z innymi formami działania złego ducha. Sami sobie nie poradzimy! Natomiast dzięki modlitwie nasza słabość stanie się przestrzenią ukazywania się mocy Boga (por. 2 Kor 12, 9).

 

     Nastrój czy miłość

 

     Pytanie o to, kiedy mamy się modlić, możemy odnieść do naszego emocjonalnego i duchowego samopoczucia. Niektórym osobom wydaje się, że modlitwa wymaga odpowiedniego nastroju oraz że jej wartość zależy od tego, co się odczuwa. To dobre samopoczucie, chęć modlitwy, odczuwalna tęsknota za Bogiem, miałyby przesądzać o tym czy ktoś będzie się modlił, czy nie. Rozdrażnienie, zdenerwowanie, wewnętrzna pustka, prowadziłaby do przekonania, że nie ma sensu się modlić, ponieważ wówczas byłaby to modlitwa wymuszona, "na siłę", a przez to nie byłaby autentyczna. Modlitwa pozbawiona odpowiedniej "temperatury" emocjonalnej wydaje się małowartościowa i może się kojarzyć z przysłowiowym "odklepywaniem pacierzy".

 

     Takie podejście do modlitwy związane jest ze specyficznym, szeroko rozpowszechnionym ograniczaniem rozumienia miłości wyłącznie do sfery uczuciowej. Jednak miłość to nie same uczucia. Benedykt XVI w encyklice Deus caritas est, przypomniał, że właściwą miarą każdej autentycznej miłości jest bezinteresowność daru z samego siebie - agapel Naprawdę kocha nie ten kto przeżywa pięme uczucia, lecz ten kto bezinteresownie poświęca się dla drugiego. Prawdziwa miłość prowadzi do zapomnienia o sobie ze względu na dobro kochanej osoby. Uczucia są wprawdzie piękne i wartościowe, zwłaszcza na początku relacji. Powinny jednak pogłębiać się przez zaangażowanie woli i umysłu, dopiero miłość obejmująca całą osobą jest prawdziwa. Podobnie jest w modlitwie.

 

     Dzięki wierze odkrywamy Bożą miłość, która jest całkowicie bezinteresowna, uprzedzająca każdy nasz wysiłek i działanie. Św. Jan apostoł mówi: My miłujemy Boga, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował (1 J 4, 19). Bóg zwrócił się do nas ze swoją miłością wówczas, gdy z powodu naszych grzechów powinien się nami brzydzić: Bóg okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (Rz 5, 8). Jego miłość wyraziła się w tym, że Chrystus nie szukał tego, co dla niego miłe i przyjemne (por. Rz 15, 3), lecz przyjął krzyż i oddał za nas swoje życie, że umiłował nas do końca (por. J 13, 1).

 

     Przykład takiej miłości przekonuje, że nie potrzebujemy czekać na dobry nastrój czy na emocjonalne wzruszenia, aby się modlić. W każdej chwili mogę odpowiadać na bezgraniczną miłość Boga Ojca, okazywaną przez Chrystusa i udzielaną nam w Duchu Świętym. Nawet wówczas, gdy modlitwa, z ludzkiego punktu widzenia, wydaje się niezbyt piękna i wzniosła, może być wyrazem miłości poprzez wytrwałość i wierność. Podejmując modlitwę w sytuacji, gdy nie mam na nią ochoty, gdy jestem zmęczony, rozdrażniony, mówię Bogu "jestem!"; jestem właśnie taki. Wówczas stawiam Boga ponad moje własne nastroje i chęci dając wyraz mojej wierności i ufności. Jestem tu i teraz przed Tobą Boże! Ty jesteś dla mnie najważniejszy! W modlitwie nie nastrój i samopoczucie są najważniejsze, lecz nasz autentyzm i wierność. Wytrwałe podejmowanie trudu modlitwy lepiej wyraża naszą miłość do Boga niż uczuciowe i duchowe uniesienia i dobre nastroje.

 

     Zarówno ilość poświęconego na modlitwę czasu jak i ilość wypowiadanych słów nie przesądzają o jej wartości. Jezus, zachęcając do nieustannej modlitwy, piętnował równocześnie tych, którzy długie modlitwy odprawiali dla pozoru (por. Mk 12, 40), aby się ludziom pokazać (por. Mt 6, 5). Nie pochwala także gadatliwości na modlitwie (por. Mt 6, 7), określając uzależnianie wysłuchania modlitwy od ilości wypowiedzianych słów postawą pogańską.

 

     Jakby na przekór dewizie: "łatwo, szybko i przyjemnie" modlitwa czasem nabiera wartości dzięki wysiłkowi pokonywania samego siebie, własnej ociężałości i zniechęcenia. Wierność w regularnym poświęcaniu określonego czasu na modlitwę może porządkować naszą relację z Bogiem i nie dopuszczać do spychania Go na margines życia. Taka determinacja w trosce o czas na modlitwę pomaga przezwyciężać kryzysy i pogłębiać modlitewną więź z Bogiem.

 

 

ks. Wojciech Nowacki

 

Tekst pochodzi z pisma

Ruchu Światło-Życie "Wieczernik" nr 184

 

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI

 

 

 

Formy modlitwy

Czy modlitwa ma bardziej przypominać serdeczną rozmowę, czy też ma przybierać formę oficjalnej rozmowy z Najwyższym?

     Był to czas początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy w Polsce z dużą dynamiką zaczął ponownie rozwijać się nurt Odnowy w Duchu Świętym. Wtedy także w wielu wspólnotach Ruchu Światło-Życie podczas spotkań modlitewnych znowu pojawiły się dary epifanijne, a modlitwa we wspólnocie często łączyła się ze znacznym zaangażowaniem emocjonalnym zgromadzonych. Powrócił klimat, który towarzyszył wspólnotom Ruchu w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i na początku lat osiemdziesiątych. I jak to niestety często bywa w naszym środowisku, oprócz otwarcia wielu, pojawiły się równolegle głosy "opozycji" wobec tego rodzaju modlitwy, jakoby był on zarezerwowany tylko dla grup Odnowy.

 

     Pamiętam, że wtedy w Chorzowie na cotygodniowych spotkaniach modlitewnych gromadziło się ok. dwustu osób (w tym siedmiu księży), gdzie po dostępnym dla każdego, otwartym spotkaniu, w drugiej części kilkadziesiąt osób chwaliło Pana w sposób bardziej ekspresyjny i posługiwało modlitwą wstawienniczą. To wszystko wyrosło z modlitwy osobistej i dzielenia się nią najpierw w gronie czworga ludzi. Modlitwa zaczęła nas przemieniać, a inni, zachęceni przykładem i konsekwencją, z czasem dołączyli do nas. Kiedyś usłyszałem wypowiedź animatora z niedalekiej parafii, że "oni (ich grupa) nie będą wydziwiać przed Panem Jezusem, bo im wystarczy to, że oni tylko odmawiają nieszpory". Choć nikt nikogo nie przymuszał, a co najwyżej zapraszał na nasze spotkanie, to odczytałem tę reakcję jako odruch kontestacji. Pomyślałem sobie prawie natychmiast, że nawet to (zresztą potocznie wszechpanujące) sformułowanie "odmawiać", w całym kontekście, rodzi pytanie, "dlaczego mamy Panu Bogu czegokolwiek ODMAWIAĆ?", zamiast wypowiedzieć się z radosnego serca wobec Niego i przyjąć Jego zachętę do nawrócenia i pobożnego życia.

 

     Mam świadomość, że czepiam się słów i sformułowań, sądzę jednak, że one mają istotny wpływ na sposób praktykowania naszej modlitwy i budowania relacji z Panem Bogiem. Bo zastanawiam się, czy modlitwa ma bardziej przypominać serdeczną rozmowę, czy też ma przybierać formę oficjalnej rozmowy z Najwyższym? Wiem, że tak postawiona alternatywa jest swoistą prowokacją, ale zależy mi na polaryzacji tych dwóch skrajnych postaw. Bo z jednej strony jest "serdeczne spotkanie rozmiłowanych w sobie", a z drugiej "obowiązek formalnej wizyty u Przełożonego". I nie chodzi tutaj bynajmniej o treści, ale o formę i zaangażowanie człowieka w to spotkanie (bo nie mam wątpliwości, że w istocie modlitwy chodzi właśnie o owo SPOTKANIE).

 

     Anegdota mówi, że kiedyś zakonnicy w klasztornej kaplicy odprawiali nieszpory. Na dworze trwała burza. Narastające błyski światła i potężne grzmoty, rodziły coraz większy przestrach mnichów. Wreszcie jeden z nich nie wytrzymał i zaproponował, "bracia, zostawmy te nieszpory, a pomódlmy się, aby ta przerażająca nawałnica ustała".

 

     Czy nigdy nie doświadczyłeś takiego napięcia, że modląc się jakąś formułą, do której się zobowiązałeś, miałeś ochotę skończyć to jak najszybciej, aby bez tej wewnętrznej presji po prostu pobyć przed Panem? Może Tobie to się nie przydarza, ale ja nieraz mam pragnienie, aby jak najszybciej zakończyć którąś z godzin brewiarzowych - po to, aby pochylić się nad Słowem, które chcę rozważyć albo po prostu w ciszy posiedzieć i popatrzeć na tabernakulum, czy jeszcze lepiej na Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. I choć wiem, że przecież Liturgia Godzin to prawie samo Słowo Boże, mimo wszystko jednak nie jestem wolny od takich napięć.

 

     Błogosławiony Jan Paweł II w swoim liście na nowe tysiąclecie wiary, "Novo Millennio Ineunte" (punkty 31-34), napisał, że jako dzieci Boga, jesteśmy wezwani do świętości, która jest wysoką miarą zwyczajnego życia chrześcijańskiego, zaś nasze wspólnoty mają stawać się szkołami modlitwy. Dlatego powinniśmy przez Chrystusa w Duchu Świętym kontemplować oblicze Ojca z taką żarliwością uczuć, że aż po prawdziwe urzeczenia serca. Zatem stawiając pytanie o jakość naszego spotkania z Bogiem, bardziej niż o treść i nawet niż o formę tego spotkania, chodzi o otwartość serca na obecność Boga i umiejętność skorzystania z wielorakich "narzędzi", które nam w tym pomogą. Nie ma zatem większego sensu ich porównywanie i wartościowanie, a tym bardziej przeciwstawianie ich sobie. Raczej chodzi o otwartą postawę wobec bogactwa form pobożnościowych w Kościele, która pozwala mi włączyć się w każdą modlitwę proponowaną przez prowadzących wspólne spotkania modlitewne.

 

     Pierwszą szkołą tej modlitwy wspólnotowej jest owa izdebka zamknięta na klucz, czyli nasz Namiot Spotkania. To tutaj rzeczywiście jest najlepsze miejsce na kształtowanie swojego preferowanego arsenału środków, pomagających nam niejako dotknąć Boga Żywego. Tu mogę i powinienem przemedytować teksty nie tylko biblijne, ale i treści tradycyjnych modlitw, które przecież nie mają być jedynie wierszem recytowanym z pamięci, ale głębią doświadczenia bliskości Pana, którą ktoś wyraził kiedyś w spontaniczny sposób. Modląc się tym tekstem dzisiaj korzystamy z tego "czyjegoś narzędzia" jako sprawdzonej i uznanej formy modlitwy w Kościele. Wchodząc niejako w klimat "tamtego" spotkania kogoś z Bogiem, chcemy obudzić pragnienie naszego serca, aby stało się ono aktualnie naszym osobistym doświadczeniem wiary.

 

     Podobnie jest, kiedy w modlitwie wspólnotowej spontanicznie dzielimy się naszą intymnością w relacji do Boga i o ile wypływa to z naszego doświadczenia i refleksji w modlitwie osobistej, zapraszamy bliźnich do nieznanego im obszaru działania Boga w człowieku. Bardzo podoba mi się określenie modlitewnej relacji z Bogiem słowem intymność. Odczytuję to w kontekście fragmentów encykliki Benedykta XVI - "Deus Caritas est", w której papież pisze o wymiarze eros w miłości Boga. Skoro erotyka dotyczy ludzkiej sfery emocji, namiętności, pragnień, oczarowań, sentymentów, ale i twórczych, kreatywnych sfer naszej natury pragnącej większej pełni, to znaczy, że i w tym jest nasze podobieństwo do Oblicza Stworzyciela. Okazuje się, że w tym, co często jest skażone wstydem i słabością może dokonać się twórczy wymiar spotkania z Bogiem, który pozostawi trwałe ślady w naszej pamięci zmysłów. W dialogu miłości, modlitwie, może, a nawet powinna ujawniać się erotyczna mgiełka, towarzysząca lekturze biblijnej księgi Pieśni nad Pieśniami. Pytając więc: pogadać z Panem Bogiem od serca, czy raczej odbyć oficjalną rozmowę, czyli pytając o najlepszą postawę jaką należy zająć wobec różnych sposobów modlitwy warto odpowiedzieć, że najlepsza jest otwartość na komplementarność wszelkich jej form. To jednak wcale nie powinno pozbawiać nas inicjatywy poszukiwania na tym bezkresnym tle własnej ścieżki duchowej. Ważne, aby w tym wyrażała się nasza relacja do Boga, w której jak powiedział Pan Jezus, nie musimy być gadatliwi jak poganie (Mt 6, 7), ale wypowiedzieć jedynie to co jest w naszym sercu i w sposób, który najlepiej dla nas jest to w stanie oddać. Warto tutaj też nie zapomnieć o otwartości na nieprzewidywalne powiewy Ducha i na spontaniczne wyrażanie się wobec Niego, aby poszerzała się nasza wyobraźnia spotkania z Bogiem po to, aby modląc się, w to świadectwo swej intymności wprowadzić siostry i braci dla wzajemnego umocnienia w wierze.

 

 

ks. Ryszard Nowak

 

ks. Ryszard Nowak - moderator diecezjalny Ruchu Światło-Życie w archidiecezji katowickiej,

do 2010 r. moderator Centralnej Diakonii Modlitwy.

 

Tekst pochodzi z pisma

Ruchu Światło-Życie "Wieczernik" nr 184

 

 

 

y

POWRÓT DO SPISU TREŚCI