DROGA
NEO
KATECHUMENALNA

____________

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Jako młody mężczyzna nie miałem pojęcia, po co w ogóle żyję. Jaki sens ma moje życie? Jaki sens ma cierpienie? Dlaczego dotyka nas tyle zła? […] Skąd się w ogóle wziąłem? Oczywiście, urodziła mnie moja matka, ale mnie nurtowało pytanie, skąd na Ziemi pojawił się człowiek?
I po co? Przestałem widzieć
w życiu sens”
– to zdanie wypowiedział w jednym z wywiadów Kiko Arguello – założyciel Drogi Neokatechumenalnej skupiającej dzisiaj miliony osób na całym świecie w dziele nowej ewangelizacji. Co się stało, że przeszedł od ateizmu do „szaleństwa” wiary?

 

Zabetonowane niebo

 

Francisco Argüello urodził się w 1939 roku w zamożnej prawniczej rodzinie. Jego ojciec od dzieciństwa marzył o karierze architekta dla swojego syna. Z tego powodu mały Kiko (jak go przezwał ojciec) godzinami ślęczał, malując obrazki. Jak się później okazało i ten czas Bóg wplótł w swój plan względem Kiko.

 

Jako młodzieniec, idąc za malarską pasją, poszedł na madrycką Akademię Sztuk Pięknych, gdzie m.in. poznał Pablo Picassa i Henriego Matisse. Tam „po uszy” zatopił się w środowisko negujące Boga i chrześcijaństwo. Jego koledzy – artyści zafascynowani socjalizmem i hasłami „równości i sprawiedliwości” wielokrotnie próbowali namówić Kiko do swoich przekonań tłumacząc, że skoro „Bóg nie istnieje, raj należy stworzyć na ziemi, raj komunistyczny”. Jednak Kiko już wtedy intuicyjnie czuł, że człowiek takiego raju nie jest w stanie stworzyć. Zaczął więc zadawać swoim znajomym szereg nurtujących go pytań: „Jak zlikwidujecie cierpienia, które dotykają niewinnych istnień? Jak ocalicie ludzi przed kalectwem, z którym się rodzą; z nieuleczalnych chorób, na które zapadają? Jak oddacie sprawiedliwość dzieciom z okropnych sierocińców albo tym, które są nieustannie bite czy wykorzystywane seksualnie?”.  Ponieważ nie otrzymał od nich odpowiedzi, uparcie szukał dalej i jak mu się wtedy wydawało w końcu  znalazł – w dziełach Sartre’a: „Filozofię Paula Sartre’a poznałem poprzez teatr i wydawało mi się wtedy, że znalazłem w niej odpowiedzi na moje niewyjaśnione pytania. Czym jest życie? – chciałem wiedzieć. Sartre mi odpowiedział poprzez swoją filozofię – absurdem. Świat jest absurdem, wszystko jest absurdem”. Kiko coraz bardziej brnął w swoją beznadzieję i odrzucenie istnienia Boga. Miał dosyć okropności związanych z II wojną światową, a na dodatek nikt nie potrafił odpowiedzieć na rodzące się w nim pytania o sens życia: „Pod wpływem filozofii Sartre’a upewniłem się, że Bóg jednak nie może istnieć, że Go nie ma. Niemal fizycznie poczułem, jak zamyka się dla mnie niebo, jakby wszystko było zabetonowane. Doszedłem do wniosku, że moim przeznaczeniem jest mężnie akceptować, że dzisiaj istnieję, ale jutro przestanę istnieć, nie wymyślając przy tym żadnego nieba, żadnej fabuły”. Postanowił więc całe życie poświęcić temu, co najbardziej kochał – sztuce. I w niedługim czasie zaczęły się spełniać jego największe marzenia – miał wszystko, czego pragnie artysta – zdobył sławę. Ukoronowaniem tego było otrzymanie najbardziej prestiżowego wyróżnienia, jakie w tym czasie mógł uzyskać artysta malarz – Nadzwyczajnej Nagrody Narodowej: „Zapraszano mnie do telewizji, było o mnie głośno w mediach, stałem się kimś sławnym. Powinienem był być kimś szczęśliwym, dumnym, a zamiast tego nie mogłem zrozumieć, dlaczego osiągnąłem tak wielki sukces i kompletnie nic on dla mnie nie znaczy?”.

 

 

Wolny skazaniec

 

Jednak Kiko powoli zaczął wsłuchiwać się w cichy głos wybrzmiewający na dnie jego wnętrza, który mówił mu, że jednak istnieje coś więcej, że nie jest tylko strzępkiem materii: „Wkrótce zetknąłem się z filozofią Henriego Bergsona […] który twierdził, że intuicja jest o wiele silniejszym środkiem poznania prawdy niż rozum. […]

Odkryłem wtedy, że w gruncie rzeczy moja egzystencja nie akceptuje absurdu egzystencji. Jeśli nie wszystko jest absurdalne, to możliwe, że Bóg istnieje. […] Zdałem sobie też sprawę, że sam nie mogę sobie dać wiary”. Kiko Argüello odważył  się wtedy na krok, który zadecydował o jego dalszych losach. Krok pojawiający się w historii prawie każdego człowieka, który dotknął dna, a potem został ocalony ze swojej beznadziei: „Po tym wszystkim postanowiłem krzyczeć do Boga.

 

Może to Bóg sprawił całą tę kenozę, całe to zejście w dół, bym mógł stać się pokornym, zdolnym do wołania. I, wołając do Boga, doświadczyłem czegoś niespodziewanego. Coś w moim sercu mówiło mi, że Bóg istnieje i że mnie kocha. […] To była pewność. Pamiętam, że wtedy płakałem. Byłem tak zdumiony, że płynęły mi z oczu strumienie łez. Dlaczego płakałem? Czułem się jak skazany na śmierć, który czeka na wykonanie wyroku i nagle mu mówią, że jest wolny. […] Bóg istnieje – coś dawało mi tę pewność. Święty Paweł mówi, że wiara to duch Jezusa Chrystusa, który daje świadectwo naszemu duchowi, że Bóg nas kocha, kocha nas jak ojciec, jest jakby dotknięciem istoty Boga”.

 

 

Zobaczyłem w nich Ukrzyżowanego Chrystusa

 

Po nawróceniu zaczął się dla Kiko okres poszukiwania powołania, a raczej dyskretnego działania Boga w Kiko, aby w końcu doprowadzić go do misji, do której go przez cały czas przygotowywał. Ze swoim głodem głębszego poznania Boga Kiko zwrócił się do jednego kapłana, który zaoferował mu udział w Kursach Chrześcijaństwa. W niedługim czasie z ich uczestnika przeobraził się w nauczyciela, wykładającego prawdy wiary, które jego uratowały od życiowej katastrofy. Swój artystyczny talent także pragnął wykorzystać na Bożą chwałę – i tak zrodziła się w nim inicjatywna „Gremio 62” – grupy zrzeszającej artystów i architektów, pragnących zaangażować się w odnowę sztuki sakralnej. W tym celu postanowił pojechać na wyprawę po Europie, aby lepiej przyglądnąć się chrześcijańskim zabytkom. Jednak podczas niej nie tylko zagłębił się w artystyczne arkany, ale przede wszystkim poznał postać, która wycisnęła trwałe piętno na jego duchowości – Charlesa de Foucaulda – założyciela Małych Braci od Jezusa. O dziwo, po powrocie z wyprawy okazało się, że ma odbyć służbę wojskową w Algierii – miejscu, gdzie jako trapista osiadł Charles de Foucault.

 

Kolejnym przełomowym momentem w jego życiu było zetkniecie się z ogromem biedy i nędzy mieszkańców madryckich slumsów. Zaoferował pomoc zrozpaczonej kobiecie maltretowanej przez jej męża – poszedł z nią, aby załagodzić konflikt. Jednak na jednych odwiedzinach się nie skończyło: „Nie dawali mi żyć. W końcu pomyślałem: „A jeżeli Bóg mówi mi, abym wszystko pozostawił i poszedł żyć z nimi, aby im pomóc?” Zebrałem się, zostawiłem wszystko i poszedłem mieszkać z tą rodziną […] Całe środowisko mną wstrząsnęło. Zobaczyłem wielu ludzi żyjących w straszliwe sytuacji, pełnej cierpienia. […] Wobec tej sytuacji były tylko dwie możliwe odpowiedzi.

 

Znacie słynne zdanie Nietzschego? „Albo Bóg jest dobry i nie może nic uczynić, aby pomóc tym biednym ludziom; albo On może pomóc i tego nie robi, bo jest zły”. To zdanie zawiera truciznę […] W tej sytuacji przeżyłem ogromną niespodziankę. Wiecie, co zobaczyłem w tych ludziach? Nie zobaczyłem tego, o czym mówi Nietzsche: czy Bóg może, czy nie może pomóc. Zobaczyłem w nich Chrystusa Ukrzyżowanego.”

Po powrocie do domu wiedział co ma czynić, nie miał już cienia wątpliwości. Slumsy Palomeras – drewniane rudery przypominające szałasy, zamieszkiwane przez Cyganów i wszelakich wyrzutków społecznych – stały się jego domem.

 

 

 

Egzorcyzmowanie
Słowem Bożym

 

Po jakimś czasie Kiko spotkał Carmen – doktor chemii, dla której ojciec marzył o wielkiej karierze, a ona tak samo jak Kiko pragnęła tylko jednego – poznania Chrystusa i służenia Mu całym życiem.   Początki ich współpracy nie były łatwe, ale Pan chciał, aby razem stworzyli wspólnotę, która będzie lekarstwem na oziębłość wiary współczesnych czasów - Drogę Neokatechumenalną.: „Gdy usłyszałam, jak Kiko mówi o potrzebie tworzenia wspólnot, i gdy sama doświadczyłam czym jest Rodzina z Nazaretu, dziś już wiem, że rodzina jest w obecnych czasach najważniejszą wartością”. Gdy Kiko i Carmen zaczęli głosić Słowo Boże „wyrzutkom” społecznym zaczęły dziać się cuda. Na ich oczach przemieniali się ludzie – złodzieje przestawali kraść, w rodzinach zaczęła na nowo kwitnąć miłość, mężczyźni zaczęli szukać pracy, aby utrzymać żonę i dzieci – po prostu Słowo Boże ich egzorcyzmowało, jak stwierdził to Kiko. Z pomocą biskupa Casimira Morcilla Droga Neokatechumenalna zaczęła rozprzestrzeniać się pierwsze w Hiszpanii, a następnie w innych krajach.

 

 

Chrystus wszystkim

 

Kiko nie porzucił swojego malarskiego talentu, ale cała jego twórczość skupiła się wokół nowej  ewangelizacji. Namalował freski m.in. w kościele św. Bartłomieja we Florencji, Trójcy Świętej w Piacenzy, w krypcie Męczenników Kanadyjskich w Rzymie, a nawet zaprojektował kościół Świętej Rodziny z Nazaretu w Oulu. Jednak od nawrócenia siłą napędowa całego jego życia i twórczości stał się Bóg, którego miłość nieustannie głosił za pomocą dzieła nowej ewangelizacji: „Muszę przyznać, że moje malarstwo nic nie znaczy w porównaniu z pozyskaniem Chrystusa. Tak samo jest z kobietami, z małżeństwem. Wszystkie te rzeczy nie są nic warte jeśli człowiek nie ma w sobie pragnienia zjednoczenia z Chrystusem. Jeśli ty dziś odwracasz się od Chrystusa i wybierasz innych bożków, zostaniesz bez Chrystusa i stracisz wszystko”.

 

Natalia Podosek, fronda.pl na podstawie książki Aleksandry Polewskiej: „Boży wariaci. Historia tych, którzy porzucili karierę dla Chrystusa”, Kraków 2013.

 

 

 

 

POCZĄTKI DROGI

 

Z DOŚWIADCZENIA KIKO

 

…Miałem swoją pracownię malarską blisko Placu Hiszpańskiego i zwykłem spędzać święta Bożego Narodzenia u moich rodziców. Pewnego roku poszedłem na Boże Narodzenie do domu i wszedłem do kuchni, gdzie ujrzałem płaczącą kucharkę. Zapytałem ją: „Berta – tak miała na imię – co się dzieje?” Ona opowiedziała mi, że jej mąż jest pijakiem i chce zabić syna, który sprzeciwił się ojcu… Opowiedziała mi swoją historię, która całkowicie mną wstrząsnęła.

 

Poszedłem zobaczyć, gdzie mieszkała. Było to okropne miejsce, pełne ubogich baraków. Ta biedna kobieta wstawała o szóstej rano, aby pójść do pracy. Miała dziewięcioro dzieci. Jej mąż był kulawy, wykrzywiony i prawie zawsze pijany. Kijem bił dzieci i krzyczał: „Idźcie bronić swego ojca!” Czasami, będąc pijany, oddawał mocz na swoje córki. Ta kobieta o wdzięcznym wyglądzie, choć już starszawa, opowiedziała mi przerażające rzeczy…

Przyszło mi do głowy, żeby zabrać jej męża na Cursillos de Cristiandad (Kursy Chrześcijaństwa). Biedak, widząc mnie przemawiającego, był pod dużym wrażeniem. W ciągu kilku następnych miesięcy nie pił, ale potem powrócił do picia i znowu zaczęły się awantury. Jego żona wołała mnie: „Panie Kiko, proszę niech pan przyjdzie, bo mąż chce nas wszystkich pozabijać. Niech pan wezwie policję!” Nie dawali mi żyć. W końcu pomyślałem: „A jeżeli Pan Bóg mówi mi, abym wszystko pozostawił i poszedł żyć z nimi, aby im pomóc?” Zebrałem się, zostawiłem wszystko i poszedłem mieszkać z tą rodziną. Spałem w malutkiej kuchni, pełnej kotów.

 

Żyłem tam, i całe to środowisko mną wstrząsnęło. Zobaczyłem wielu ludzi żyjących w straszliwej sytuacji, pełnej cierpienia. Nie wiem, czy znacie książkę Camusa pt. „Dżuma”, jej tematem jest cierpienie niewinnych. Ta kobieta, Berta, opowiedziała mi, jak to ten kulawy człowiek, aby zemścić się za doznane upokorzenia ze strony tych, którzy go otaczali, zapowiedział wszystkim sąsiadom, że ożeni się z tą dziewczyną, która byłą największą pięknością dzielnicy. Wszyscy śmieli się z niego. Wiecie, jak on tego dokonał? Przyłożył jej nóż do szyi i powiedział: „Jeżeli nie wyjdziesz za mnie, zarżnę twego ojca”. I byłby to zrobił. Ojciec był wdowcem, a ona, samotna, była bardzo nieśmiała i lękliwa.

Zadawałem sobie pytanie: „Jakie to grzechy popełniła ta kobieta, że zasłużyła na takie życie? I dlaczego nie spotkało to mnie?” Ale ta kobieta nie była jedyną. Było ich o wiele więcej. Jedna z sąsiadek była chora na chorobę Parkinsona i mąż ją rzucił, a ona stała się żebraczką. I była inna, i jeszcze inna…

 

Wobec tej sytuacji były tylko dwie odpowiedzi. Znacie słynne zdanie Nietzschego: „Albo Bóg jest dobry i nie może nic uczynić, aby pomóc tym biednym ludziom; albo On może pomóc, i tego nie robi, bo jest zły”. To zdanie zawiera truciznę: czy Bóg może pomóc tej kobiecie, czy nie?

 

W tej sytuacji przeżyłem ogromną niespodziankę. Wiecie, co zobaczyłem w tych ludziach? Nie zobaczyłem tego, o czym mówi Nietzsche, czy Bóg może, lub czy nie może. Zobaczyłem w nich Chrystusa Ukrzyżowanego. Zobaczyłem Chrystusa w Bercie, i w tej kobiecie z chorobą Parkinsona, i w innej. Zobaczyłem pewną tajemnicę, tajemnicę Krzyża Chrystusa. To wywarło na mnie wielkie wrażenie. Mówię to szczerze.

 

Potem zostałem powołany do służby wojskowej w Afryce. Gdy powróciłem, powiedziałem sobie: „Jeżeli jutro Chrystus wróci w swoim drugim przyjściu, to ja nie wiem, co się stanie z tym światem. Ale wiecie, gdzie chciałbym, abym Jezus Chrystus mnie znalazł? U stóp Chrystusa Ukrzyżowanego. A gdzie jest Chrystus Ukrzyżowany? W tych, którzy bardziej cierpią na skutek grzechów wszystkich”. Sartre powiada: „Biada człowiekowi, którego palec Boży ciśnie o mur!” Otóż ja widziałem wielu ludzi ciśniętych o mur, widziałem wielu słabych, zmiażdżonych na skutek grzechu, słabych, anonimowych Cyrenejczyków…

 

Kiedy ktoś idzie żyć między biednymi, to albo traci wiarą i staje się partyzantem w stylu Che Guevary, albo milknie wobec Chrystusa i się uświęca. Jestem wdzięczny Panu, który miał miłosierdzie nade mną, gdyż tam pozwolił mi zobaczyć Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego. Gdy powróciłem z Afryki, poznałem rodzoną siostrę Carmen i pomyślałem, że należy zejść do społecznych katakumb, aby tam przepowiadać Ewangelię tym ludziom, pomagać im, dać im słowo pociechy. I utworzyliśmy grupę poświęconą homoseksualistom, prostytutkom, itd.

 

Siostra Carmen była w stowarzyszeniu o nazwie „Villa Teresita”, które zajmowało się ratowaniem prostytutek. Chodziły po domach, w których były prostytutki i tym, które chciały, oferowały pracę. To było bardzo dobre dzieło. W końcu zdałem sobie jednak sprawę, że w tej grupie traktowaliśmy wszystko trochę jak jakieś hobby i powiedziałem im: „Ja idę żyć wśród biednych”.

 

Charles de Foucauld dał mi formułę: żyć w ciszy, tak jak Jezus w Nazarecie; w kontemplacji u nóg Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego, wśród tych ludzi. Poznałem pewnego opiekuna społecznego, który pokazał mi rejon Palomeras Altas, gdzie stał wolny barak z desek, który służył za schronienie psom. I powiedział mi: „Ulokuj się tutaj i nie przejmuj się”. I tak zaczęło się wszystko. W slumsach chciałem żyć jak Charles de Foucauld, w kontemplacji. Tak jak ktoś wobec Eucharystii stoi u nóg rzeczywistej obecności Chrystusa, tak ja chciałem być u nóg Chrystusa Ukrzyżowanego pośród najbiedniejszych i najnędzniejszych ludzi. Pan prowadził mnie w tym duchu: ja byłem ostatni, a oni byli Jezusem Chrystusem. Może ktoś mógłby mi wtedy powiedzieć: „Człowieku, Kiko, pomóż im!” Mamy tu bardzo ważny moment dla tych, którzy umieją zrozumieć sprawy do głębi. „Ale co robisz? Robisz adorację, gdy ci ludzie umierają z głodu? Daj im jeść!” Ja nie miałem nic; wziąłem tylko Biblię i gitarę, spałem na podłodze, na sienniku ze słomą. Nie miałem nic więcej.

 

Przeczytałem w tym czasie o pewnym wydarzeniu z epoki nazistowskiej. Zrobiło ono na mnie duże wrażenie. Mowa była o historycznym wydarzeniu z obozu w Oświęcimiu. Jeden z szefów obozu koncentracyjnego zdał sobie sprawę z okropności dokonywanych na narodzie żydowskim, i że było to ludobójstwo. Pewnego dnia, gdy dokonywał inspekcji obozu, zobaczył grupę mężczyzn i kobiet prowadzonych do komór gazowych. Byli całkiem nadzy. W tym momencie poczuł w sercu wielki ból i zadał sobie pytanie: „Co mam robić, aby im pomóc? Co mam zrobić, aby być w pokoju ze sobą samym?” Znacie odpowiedź jaką otrzymał w swoim wnętrzu? (Ojcowie Kościoła mówią o Chrystusie mówiącym, Chrystusie który mówi w naszym wnętrzu: to coś bardzo głębokiego). Książka mówi, że poczuł, iż powinien się rozebrać i stanąć w szeregu z tymi ludźmi. Możemy zadać sobie pytanie: czy ten głos, który usłyszał w swym wnętrzu, był realny? Czy był to głos Boga? Czy może nie byłoby lepiej zatrzymać tę grupę i uwolnić ich? Prawdopodobnie nie mógł tego uczynić. Dlaczego to, że miał się obnażyć i stanąć wśród tych ludzi, było prawdą? Oto możliwa odpowiedź: człowiek, który znajduje się w tej grupie, stoi wobec dramatu: wydaje się, że Bóg nie istnieje, i że w tym świecie nie ma miłości, a jeżeli nie ma miłości, to Bóg również nie istnieje, życie jest czymś potwornym, umieramy w sposób absurdalny! Ale jeżeli ktoś ci towarzyszy? Jeżeli sam Bóg staje się człowiekiem i z miłości do ciebie staje z tobą w tym szeregu? W takim razie miłość istnieje. Bóg istnieje! Można umierać; życie i śmierć mają sens.

 

Czy to jest ważne? Czy trzeba się zająć jedynie pomocą społeczną? Bo może człowiek potrzebuje tylko jedzenia? A może potrzebuje także nauki o Bogu: czy On istnieje, czy nie; czy miłość istnieje, czy nie? Ja nie poszedłem do baraków, aby rozdawać tam jedzenie, ani po to, by uczyć czytać. (Tam prawie wszyscy byli analfabetami. José Agudo był wyjątkiem, bo był w zakładzie poprawczym i umiał czytać, ale jego żona – nie. Młodzi Cyganie „quinquis”, ci którzy byli w więzieniu z trudem umieli czytać.) Kiedy tam poszedłem, jeśli chcecie wiedzieć, nawet nie myślałem, żeby przepowiadać. Jak wiecie Mali Bracia Charls'a de Foucauld żyją w milczeniu. Ja też chciałem dawać świadectwo żyjąc wśród nich jak Jezus w Nazarecie.

 

Cóż się stało? To co zawsze. Pewnego dnia, kiedy było okropnie zimno – była to zima i padał śnieg, a psy, które spały ze mną, ogrzewały mnie – nagle wszedł do mnie sąsiad i powiedział: „Przyniosłem ci piecyk, bo umierasz z zimna”.

 

Ludzie powoli zbliżali się i zadawali sobie pytanie: „Kim jest ten brodacz z gitarą?” Dla jednych byłem kimś, kto podjął jakieś postanowienie, dla innych – jakimś protestantem, bo miałem stale Biblię przy sobie. Cyganie przychodzili z powodu gitary… Nie wiedzieli, kim jestem, i to było znakiem zapytania dla wszystkich.

W barakach w Palomeras poznałem wtedy Carmen Hernández, była doktorem chemii i miała licencjat z teologii. Dzięki liturgiście, Pedro Farnesowi Schererowi, była w kontakcie z sercem odnowy liturgicznej Soboru Watykańskiego II, gdzie w centrum znalazło się Misterium Paschalne. Bardzo mi ona pomogła. Carmen zbierała wtedy grupę z zamiarem ewangelizowania biednych z kopalń w Oruro w Boliwii, na zaproszenie tamtejszego biskupa Manrique. Znałem jej siostrę, Pilar, która pewnego dnia przedstawiła mi Carmen. Poruszona tą rzeczywistością, zdecydowała się żyć w barakach, kilometr od miejsca, gdzie mieszkałem. Pod naciskiem tego środowiska biednych, Pan pozwolił nam znaleźć formę przepowiadania, syntezę która została przyjęta przez owych braci i stworzyła pewną „koinonię”, wspólnotę chrześcijańską. Tak zrodziła się wśród biednych pierwsza wspólnota złożona z Cyganów, analfabetów, żebraków, byłych więźniów, prostytutek, itd. Wspólnota, gdzie uwidaczniała się miłość Chrystusa Ukrzyżowanego, stała się znakiem. Dzięki ówczesnemu arcybiskupowi Madrytu, Casimiro Morcillo, można było przenieść tę rzeczywistość na inne parafie Madrytu, Rzymu i innych krajów. W barakach odkryliśmy trójnóg, na którym później oparliśmy całą Drogę Neokatechumenalną: Słowo, Liturgię i Wspólnotę.

 

José Agudo miał wówczas konflikt z innym Cyganem. Przyszedł do mnie pytając, co mówi Ewangelia na temat bójek. Przeczytałem mu Kazanie na Górze, gdzie powiedziano, że nie należy opierać się złu. Zaniemówił. „Jak to, jeżeli nie będę się bronił, to on mnie zabije! Co mam robić?” Dałem mu „Kwiatki św. Franciszka”. Książka zrobiła na nim duże wrażenie. Od tego czasu nie opuszczał mnie nawet na chwilę, Dobrze, nie będę opowiadał tych historii, bo to byłoby zbyt długie…

 

 

 

Z DOŚWIADCZENIA CARMEN

 

…Chciałam powiedzieć, że Kiko był bardzo zakorzeniony w Słudze Jahwe. A ja wtedy przyniosłam mu na tacy – chociaż to nie było ode mnie, nie było moje, lecz Soboru Watykańskiego II – Paschę i Zmartwychwstanie umarłych. Pierwszą pieśnią, jaką skomponował w barakach, był „Sługa Jahwe”. Zanim doszedł do „Zmartwychwstał Pan”, trzeba było dwóch lat walki i kłótni, jakie stoczyliśmy, aż wszedł w dynamizm Paschy.

 

Paschy nie wymyśliłam ani ja, ani Farnes, lecz była ona owocem ogromnej pracy całego ruchu liturgicznego i całego ruchu biblijnego, które były zaczynem Soboru i które na Soborze nabrały rozpędu.

 

Ja zawsze byłam z Kiko, ale nie miałam do niego za grosz zaufania. Przekonał mnie dzień, kiedy przybył arcybiskup Madrytu Morcillo, co było kolejnym cudem wartym opowiedzenia. Wtedy zaczęłam współpracować z Kiko, ufając mu bardziej, gdy zobaczyłam, że obecny jest Kościół.

 

Arcybiskup Morcillo był prawdziwym darem Boga. On kazał nam iść do parafii…

 

 

Tekst i zdjęcia archiwalne pochodzą
z oficjalnej strony Drogi Neokatechumenanej

 

 

Q